Reklama

Kaczyńskiego nie stać ani na dłuższe kupowanie głosów (lub choćby spokoju) górniczego lobby, ani nie może złamać górników, jak kiedyś zrobiła to Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. Nikt nie stanie ani po stronie górników w wojnie z PiS-em, ani po stronie PiS-u w wojnie z górnikami. A taki konflikt jest dla władzy najbardziej niszczący – pisze Cezary Michalski

W ostatni wtorek lipca najbardziej nieudolny (ale za to obdarzony największym zaufaniem Jarosława Kaczyńskiego) członek rządu Mateusza Morawieckiego, wicepremier i minister aktywów państwowych (nad którymi nie panuje kompletnie) Jacek Sasin wyjeżdżał z Nowogrodzkiej na Śląsk pobłogosławiony przez samego prezesa PiS i wyposażony w żmudnie przygotowany program restrukturyzacji górnictwa – bardzo ostrożny, zakładający wygaszenie czterech tylko kopalń, a także zadośćuczynienie górnikom (i zaprzyjaźnionym z PiS-em działaczom związkowym) z budżetowych i europejskich pieniędzy. W takiej wysokości i skali, na jaką nie może dzisiaj liczyć żadna inna grupa zawodowa w Polsce.

Jednak ten PiS-owski plan nie został nawet górnikom przedstawiony. Nie przetrwał dwóch godzin jazdy limuzyną z Warszawy na Śląsk, kiedy liderzy górniczych związków zapowiedzieli, że zdemolują biura PiS-owskich posłów i senatorów na Śląsku, a później wybiorą się na Warszawę.

Jak powiedział szef śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” Dominik Kolorz, jeśli w ogóle będzie mowa o wygaszaniu kopalń czy znaczącej redukcji liczby górników w Polsce, PiS-owska władza będzie miała „czwarte powstanie śląskie”.

Kolorz szydził też sobie otwarcie z tchórzostwa Sasina, który siedząc przed związkowcami kłamał im w żywe oczy („w kabaretowym stylu”, jak powiedział Kolorz), że PiS żadnego planu restrukturyzacji zakładającego likwidację czterech kopalń w ogóle nigdy nie przygotowało.

Reklama

Górnictwo stało się pierwszą z barier PiS-owskiej strategii kupowania głosów za publiczne pieniądze, ponieważ jest za drogie. PiS nie jest w stanie już dłużej finansować czarnej dziury, jaką stały się kopalnie węgla kamiennego dla całej polskiej gospodarki (dla podatników, dla firm energetycznych, dla innych gałęzi polskiej gospodarki bankrutujących – tak jak np. kolejne polskie huty – z powodu zbyt wysokich cen energii, które wzrosłyby jeszcze bardziej, gdyby polska energetyka rzeczywiście miała być oparta na drogim polskim węglu, a nie na o wiele tańszym węglu importowanym z Rosji).

Jeszcze u progu kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy na pierwsze tupnięcie czterdziestu tysięcy górników ze stojącej na skraju bankructwa Polskiej Grupy Górniczej rząd przyznał im 6-procentowe podwyżki z wyrównaniem od stycznia (w tym samym czasie nie miał pieniędzy ani dla nauczycieli, ani dla lekarzy, ani na dofinansowanie kulejącej służby zdrowia u progu rozpoczynającej się właśnie pandemii koronawirusa). Podwyżki dla górników z lutego były połączone z obietnicą, że po wyborach prezydenckich, jeśli będą cicho i wspomogą Dudę, dostaną drugie tyle.

Dominik Kolorz, z cynizmem właściwym epoce populistycznego PiS-wskiego zdziczenia, stwierdził wtedy, że „nic więcej z tej firmy wycisnąć się nie da”.

Coś wycisnąć się jednak udało. Podwyżki u progu pandemii kosztowały PGG 250 milionów złotych, a przez poprzednie lata rządów PiS górnicy z tej największej polskiej spółki węglowej dostali dodatkowo 1,1 miliarda złotych na „wyższe, niż zaplanowano podwyżki pensji i nagród”. W konsekwencji takiego zarządzania udział samych tylko pensji górników PGG w wydobyciu przez kopalnie tej spółki tony węgla wyniósł na początku tego roku 43 dolary, czyli tyle, co cena tony węgla na otwartym rynku. Oznacza to faktyczne bankructwo spółki, jeśli rząd nie zablokuje importu znacznie tańszego węgla z Rosji. Jeśli jednak zablokuje, oznacza to z kolei bankructwo polskich firm energetycznych albo polskiego przemysłu, który będzie musiał płacić skokowo więcej za prąd. A w następnej kolejności bankructwo prywatnych odbiorców prądu albo bankructwo państwa, które będzie im musiało dopłacać miliardy do rachunków za energię.

Wedle danych GUS wzrost płac w polskim górnictwie zdeklasował w ubiegłym roku wzrost pensji we wszystkich sektorach produkcyjnych, nie mówiąc o pensjach w szkolnictwie czy służbie zdrowia, gdzie – według terminologii PiS – pracują przede wszystkim „skorumpowane elity”. W grudniu 2019, kiedy górnikom z kopalń będących bankrutami utrzymywanymi przez budżet państwa i transfery z państwowych spółek energetycznych (czyli z kieszeni klientów indywidualnych i firm płacących rachunki za prąd) wypłacano trzynastki, nagrody i premie „z zysku” (choć żadnego zysku nie generowały), przeciętne górnicze wynagrodzenie wyniosło 17,6 tysiąca złotych brutto.

O ile jednak poprzednie rządy kupowały tylko spokój górników, PiS kupuje ich głosy, więc płacić musi za to więcej.

Morawiecki przez parę lat wykorzystywał wszystkie unijne pieniądze, które Polska dostała na odchodzenie od węgla, aby podnosić płace górników i kupować ich polityczne poparcie. Na to poszły również pieniądze ze sprzedaży przyznanych Polsce w ramach unijnej polityki energetycznej i klimatycznej uprawnień do emisji CO2. Okazało się, że ta zabawa nie może trwać wiecznie. Aby dostać od Unii kolejne miliardy na kupowanie górniczych głosów, Morawiecki i Kaczyński musieli dokonać choćby kosmetycznych reform w polskim górnictwie. Górniczy związkowcy powiedzieli „nie”, a w związku z tym Kaczyński i Morawiecki stanęli przed koniecznością dania im kolejnych miliardów z budżetu państwa, i to pomimo epidemii, która ten budżet coraz bardziej osusza.

Dlaczego Jarosław Kaczyński nie będzie Margaret Thatcher

Kaczyńskiego nie stać ani na dłuższe kupowanie głosów (lub choćby spokoju) górniczego lobby, ani nie może złamać górników, jak kiedyś zrobiła to Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii. W przeciwieństwie do Thatcher i jej Partii Konserwatywnej, która zupełnie gdzie indziej miała swoje społeczne i polityczne zaplecze, górnicy są jądrem zaplecza Kaczyńskiego i PiS-u. Przez cztery lata zostali przez Kaczyńskiego kompletnie zdemoralizowani, nauczeni, że mogą dostawać podwyżki i premie idące w miliardy złotych, kiedy ich kopalnie przynoszą miliardowe straty.

Thatcher łamiąc opór górniczych związków zawodowych mogła odwołać się do brytyjskiego mieszczaństwa, do całej brytyjskiej klasy średniej, która miała dość utrzymywania górniczego lobby z własnych podatków. Kaczyński nie może się odwołać do lekarzy czy nauczycieli, których przez cztery lata obrażał i niszczył jako „złe elity”.

Nie może się też odwołać do drobnego i średniego biznesu, który jest przez PiS rabowany z zysków, aby karmić górników, żyjącą z transferów socjalnych część ludności wiejskiej, a wreszcie coraz większą grupę „nieaktywnych zawodowo” Polaków wypchniętych z rynku pracy przez „genialny pomysł” Kaczyńskiego polegający na kupowaniu głosów w zamian za 500 plus czy kolejne akty niszczenia i rozszczelniania systemu emerytalnego.

Kiedy zatem górnicy (i inne zawodowe lub społeczne lobby utrzymujące PiS u władzy, na przykład wieś) zderzą się z Jarosławem Kaczyńskim, polscy lekarze, nauczyciele, cała upokarzana i niszczona przez rządzącą prawicę polska klasa średnia będzie miała jedną tylko refleksję: „niech się pozarzynają”. Niech mają za swoje zarówno ci, którzy z patologii polskiego górnictwa luksusowo żyli (elity związkowe), jak też ci, którzy patologie górnictwa ośmielali, rozbudowywali, finansowali z kieszeni wszystkich innych polskich grup zawodowych, żeby kupować sobie władzę. Nikt nie stanie ani po stronie górników w wojnie z PiS-em, ani po stronie PiS-u w wojnie z górnikami. A taki konflikt jest dla władzy najbardziej niszczący.

Ale jest też światełko w tym głębokim i nieprzyjemnie pachnącym tunelu. Każdy następny rząd po Kaczyńskim, Morawieckim i PiS-e będzie miał trochę łatwiej. Choćby dlatego, że trudniej być już nie może.

Górnicy zrozumieją, że w czasie rządów PiS mocno przesadzili, a na żadne społeczne wsparcie poza swoimi kopalniami nie mogą liczyć. Z kolei każdy przyszły demokratyczny polski rząd będzie miał do dyspozycji pieniądze osłonowe dla górników, choćby z funduszy przeznaczanych przez UE na politykę klimatyczną i energetyczną, bo taki rząd do unijnej polityki energetycznej i klimatycznej naprawdę przystąpi.

Być może wówczas nastąpi pierwsze poważne podejście do rozstania się w Polsce z węglem w taki sposób, aby nie zabiło to polskiej energetyki, polskiej gospodarki, a przede wszystkim w taki sposób, aby nie zabiło to Śląska.


Zdjęcie główne: Mateusz Morawiecki, Fot. Flickr/KPRM/Krystian Maj, licencja Creative Commons

Reklama