Reklama

Kaczyński i Orbán budują nie tylko nową elitę władzy czy zupełnie uznaniową hierarchę „prawdziwych patriotów”. Budują także nową elitę pieniądza. A państwowe rozdawnictwo na groszowym poziomie ma osłaniać bez porównania większe korzyści dla czołowych działaczy Fidesz i PiS. Dalej jednak podobieństwa się kończą – pisze Cezary Michalski

Zarówno Orbán, jak i Kaczyński gardzą państwem i prawem, a własne społeczeństwa traktują jako łatwą do zmanipulowania hołotę. Dlatego jedynym prawdziwym instrumentem swojej władzy uczynili scentralizowane monopartie, które prawo łamią, państwo mają „postawić do pionu”, a pluralistyczne cywilne społeczeństwo przerobić w jednolity, zdyscyplinowany naród.

Kaczyński zbudował swoją popularność na programie 500 plus i obniżce wieku emerytalnego. Orbán potrafi przed wyborami przerabiać na ulotki wyborcze nawet rachunki za prąd, informując w nich, że to jego partii Węgrzy zawdzięczają „kampanijny dar” w wysokości kilkuset, a czasami nawet paru tysięcy forintów.

Kaczyński i Orbán wiedzą, czym był komunizm i dlaczego upadł. Zabiła go bieda, a także odkrycie przez ludzi dawnego komunistycznego aparatu w Polsce i na Węgrzech, że są znacznie biedniejsi, niż zachodnie elity żyjące w kapitalizmie.

Stąd wzięła się korupcja działaczy partyjnych, a następnie odrzucenie przez nich komunistycznego systemu i stojącej za tym marksistowskiej ideologii. Dlatego Kaczyński i Orbán budują nie tylko nową elitę władzy czy zupełnie uznaniową hierarchę „prawdziwych patriotów”. Budują także nową elitę pieniądza. A państwowe rozdawnictwo na groszowym poziomie ma osłaniać bez porównania większe korzyści dla czołowych działaczy Fidesz i PiS.

Reklama

Dalej jednak podobieństwa pomiędzy Orbánem i Kaczyńskim się kończą. Lider węgierskiego Fideszu należy do pokolenia nieco młodszego, dorastającego w latach 80., które głęboko i autentycznie odrzuciło „realny socjalizm”. Orbán, podobnie jak wielu jego rówieśników na Węgrzech i w Polsce, zakochał się kiedyś w Margaret Thatcher. W latach 90. był jednym z członków Grupy Windsor, organizacji wspieranej przez brytyjskich konserwatystów, propagującej wartości thatcheryzmu i liberalizmu gospodarczego w krajach Europy Środkowej. W Polsce do Grupy Windsor należeli m.in. Kazimierz Michał Ujazdowski i Wiesław Walendziak, na Słowacji tamtejsi liberalni chadecy, a na Węgrzech właśnie młodzi liderzy Fideszu.

Viktor Orbán, jak prawie całe jego pokolenie na Wschodzie, uznał, że jedynym źródłem bogactwa narodów jest własność prywatna. Dlatego nawet po swoim autorytarnym zwrocie zaczął budować siłę swojej partii przekazując jej czołowym działaczom na własność całe firmy, a nawet gałęzie węgierskiej gospodarki (hazard, monopol tytoniowy, media, budowlankę, sektor finansowy…). Uczynił z nich klasycznych oligarchów – na podobieństwo ludzi dominujących dzisiaj, za zgodą Putina, w gospodarce rosyjskiej.

Jarosław Kaczyński, o pokolenie starszy od Viktora Orbána, jest dzieckiem głębokiego PRL-u i nigdy nie wyrósł z etatystycznych nostalgii.

Jego mistrzem intelektualnym był peerelowski teoretyk prawa Stanisław Ehrlich, który nawet po swoim odejściu od dogmatycznego marksizmu, zarówno niezawisłość sądów, jak też własność prywatną uważał za zagrożenie dla „silnego i omnipotentnego państwa”.

Kaczyńskiemu zdarzało się publicznie chwalić a to patriotyzm Mieczysława Moczara, a to etatyzm Edwarda Gierka. Nie wiadomo, ile w tym było cynicznej chęci manipulowania PiS-owskim elektoratem tęskniącym za opieką państwa, a ile szczerego przekonania, że po to, by państwo na peryferiach uczynić silniejszym, trzeba odbudować PRL-owski model władzy monopartii oraz jej pełną kontrolę nad gospodarką i administracją.

Oprócz różnicy ideologii ważna jest także różnica taktyczna. Kaczyński, bardziej niż Orbán, boi się swoich własnych ludzi. Pamięta, że zdradzali go przy każdej okazji i znów mogą go zdradzić. Dlatego od PiS-owskich oligarchów woli urzędników państwowych kontrolowanych przez partię, a uwłaszczenie działaczy swojej partii toleruje wyłącznie do pewnego poziomu –

mogą być milionerami, nawet dwucyfrowymi, ale Kaczyński nie pozwala im zbudować własnej oligarchicznej pozycji, która by mu zagrażała.

Symbole „polityki gospodarczej” Viktora Orbána to Lajos Simicska (dawny skarbnik Fideszu, później szef węgierskiego urzędu skarbowego, wreszcie prywatny oligarcha w budowlance, przemyśle metalurgicznym, sektorze finansowym i mediach), Andy Wajna (właściciel kasyn skupujący dla Orbána prywatne media węgierskie), Janos Santa (z nadania Fideszu właściciel monopolu tytoniowego), Lorinc Meszarosz i Janosz Flier (instalator rur i budowlaniec z rodzinnego miasta Orbána, którzy w czasach jego rządów stali się oligarchami wygrywającymi przetargi na największe inwestycje publiczne).

Im wszystkim Orbán pozwolił stworzyć własne biznesy, całkowicie prywatne, niezależne od państwa, choć zbudowane na publicznym majątku i wsparciu. Tymczasem Kaczyński nie pozwala swoim partyjnym żołnierzom przejmować dużych państwowych firm, które mają pozostać pod kontrolą partii.

Już w pierwszej kadencji rządów PiS działacz tej partii Andrzej Jaworski zarobił przez rok 2 miliony w PZU, a jeden z najbliżej współpracowników Kaczyńskiemu w PC i PiS Wojciech Jasiński przez dwa lata zarobił 5 milionów w Orlenie? Daniel Obajtek jest milionerem dzięki uwłaszczaniu się w kolejnych spółkach Skarbu Państwa? Mateusz Morawiecki używający do zarabiania pieniędzy swoich politycznych koneksji (kiedyś z Tuskiem, dzisiaj z Kaczyńskim) ma wraz z żoną (z którą co jakiś czas dokonuje aktu „rozdzielności majątkowej”) nieruchomości warte kilkadziesiąt milionów złotych? Dobrze, będą dzięki temu bardziej zdeterminowanymi żołnierzami Kaczyńskiego, nie popadną w nędzę, jeśli PiS straci władzę. Ale już

pojawienie się jakiegoś PiS-owskiego Solorza czy Kulczyka byłoby dla Prezesa nie do pomyślenia.

Jest oczywiście naiwnością ze strony Jarosława Kaczyńskiego, jeśli wierzy, że proces uwłaszczenia ludzi z jego partii na publicznym majątku da się zdyscyplinować. Jesteśmy dopiero na początku drogi. Skarbnik Fideszu Lajos Simicska też był kiedyś tylko żołnierzem Orbána, ale później zbudował gigantyczną fortunę i wydał Orbánowi wojnę. Jarosław Kaczyński sądzi, że do końca będzie miał nad wszystkim kontrolę. Tymczasem jego „żołnierze” już mają większe ambicje.

Kulawy oligarchiczny kapitalizm

Trudno powiedzieć, która strategia jest bardziej patologiczna – oligarchowie bez wolnego rynku Wiktora Orbána czy kapitalizm bez właścicieli Jarosława Kaczyńskiego.

Oligarchowie Orbána dbają o swoje firmy, bo to przecież ich majątek, który przekażą swoim dzieciom. Patologiczne jest jednak to, że uzyskali ten majątek nie dzięki własnemu biznesowemu talentowi i pracy, ale dzięki partii. W dodatku nadal korzystają z przychylności władzy. Już jako prywatni biznesmeni – dzięki kolejnym decyzjom Orbána, a także kolejnym ustawom i rozporządzeniom macierzystej partii – monopolizują kolejne węgierskie rynki towarów i usług.

Wciąż mogą także mogą liczyć na publiczne zamówienia i kredyty z państwowych banków. To wszystko sprawia, że węgierski kapitalizm staje się kulawy i niekonkurencyjny dokładnie tak samo, jak oligarchiczny kapitalizm Putinowskiej Rosji. A jedynym stabilnym źródłem dochodów węgierskiego budżetu są niemieckie montownie samochodów i sprzętu AGD.

Jednak etatystyczna doktryna Kaczyńskiego prowadzi do patologii jeszcze głębszych.

Nawet milionerzy z PiS-u nie są bowiem właścicielami, a jedynie tymczasowymi partyjnymi komisarzami w zarządzanych przez siebie firmach i całych sektorach polskiej gospodarki. Posłuszeństwo Kaczyńskiemu i partii jest dla nich ważniejszym kryterium przetrwania, niż racjonalne zarządzanie powierzoną sobie publiczną własnością.

Ich jedyną „prywatną motywacją” jest pilnowanie, aby po roku czy dwóch latach pracy w zarządach największych spółek Skarbu Państwa (bo tyle maksymalnie trwają „kadencje” w czasach nieprzerwanych PiS-owskich personalnych czystek) wyjść bezpiecznie z milionem albo kilkoma milionami złotych. Niewskazywani palcem przez Kaczyńskiego ani nie niepokojeni przez CBA, które – poza niszczeniem opozycji – ma w systemie Kaczyńskiego pełnić funkcję analogiczną do dawnej PZPR-wskiej Komisji Kontroli Partyjnej.

Ofiarą nowych partyjno-państwowych monopoli, jakie buduje PiS, padają jednak polscy konsumenci. Rosną ceny prądu i ubezpieczeń, spada jakość usług nowych partyjno-państwowych molochów.

Groszowe „dary od państwa” nie pokryją strat, jakie przynosi brak konkurencji na rynku energetycznym, finansowym, ubezpieczeniowym, komunikacyjnym.

Na Węgrzech wszystkie te monopole są prywatne, należą do oligarchów, którzy wywodzą się z Fideszu, ale dziś są już „na swoim”. W Polsce pozostają partyjne, wciąż należą do PiS. Kaczyński uważa, że jest to rozwiązanie bezpieczniejsze dla niego, ale także bardziej akceptowane przez elektorat Prawa i Sprawiedliwości.

Już jednak pokolenie czterdziesto- i pięćdziesięciolatków z otoczenia Mateusza Morawieckiego, Jarosława Gowina, Jacka Kurskiego czy Zbigniewa Ziobry uważa inaczej. Ta właściwa personalna substancja obecnej prawicowej władzy lubi własność prywatną, nie lubi płacić podatków, można powiedzieć, że w tym wymiarze jest wręcz „neoliberalna”. Jej „konserwatyzm” wyraża się tylko w publicznym okazywaniu sympatii dla Kościoła (głównie w wydaniu Tadeusza Rydzyka), a także w ściganiu aborcji i antykoncepcji (tyle że nie u własnych kochanek).

Oni wszyscy mają poglądy Orbána i wolą jego wizję oligarchicznego kapitalizmu, w którym oczywiście to oni byliby oligarchami.

Jarosława Kaczyńskiego szanują za to, że doprowadził ich do władzy i średnich – biorąc pod uwagę ich „węgierskie” apetyty – pieniędzy. Ale jednocześnie uważają go za anachronicznego etatystycznego staruszka, którego panowanie trzeba jakoś przeżyć, żeby później naprawdę korzystać z władzy, którą Kaczyński im dał.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Jarosław Kaczyński i Viktor Orban, Fot. Flickr/Sejm RP, licencja Creative Commons

Reklama