Reklama

Techniczny pomysł Kaczyńskiego na sprawowanie władzy polega na przekupywaniu grup społecznych, które są z jego perspektywy zbyt silne. Po to, by nie przeszkadzały mu w realizowaniu jego prawdziwych priorytetów – w niszczeniu ograniczeń osobistej władzy, przejmowaniu sądów, poszerzaniu „rewolucji kadrowej”. Ta metoda sprawowania władzy cofa nas do chaosu schyłkowego PRL-u – pisze Cezary Michalski. Kaczyński uczy Polaków, że wystarczy ostrzejszy nacisk – na ulicach, w zakładach, poprzez nieformalne lobby związkowe docierające do lokalnych lub resortowych działaczy PiS – a niewygodne dla danego środowiska decyzje zostaną zablokowane, koszty zmian pokryte z nawiązką deszczem budżetowych pieniędzy. Taka władza staje się totalną wydmuszką.

Na pierwsze tupnięcie czterdziestu tysięcy górników ze stojącej na skraju bankructwa Polskiej Grupy Górniczej rząd przyznał im 6-procentowe podwyżki z wyrównaniem od stycznia. Połączone z obietnicą, że po wyborach prezydenckich, jeśli będą cicho i wspomogą Dudę, dostaną drugie tyle. Przewodniczący śląsko-dąbrowskiej „Solidarności” Dominik Kolorz, który w czasach koalicji AWS-UW potrafił bronić (nieraz nawet przed własnymi braćmi-związkowcami) najbardziej sensownych reform rządu Buzka, dziś, z cynizmem właściwym epoce populistycznego PiS-wskiego zdziczenia stwierdził, że „nic więcej z tej firmy wycisnąć się nie da”.

Wyciskanie i dożynanie firmy będącej bankrutem przez zatrudnionych w niej ludzi jest strategią z pozoru absurdalną, ale świetnie sprawdzającą się w Polsce Kaczyńskiego.

Nowe podwyżki będą PGG kosztowały ponad 250 milionów złotych, a przez poprzednie lata rządów PiS górnicy z tej największej polskiej spółki węglowej dostali dodatkowo 1,1 miliarda złotych na „wyższe, niż zaplanowano podwyżki pensji i nagród”. W konsekwencji takiego zarządzania udział samych pensji górników PGG w wydobyciu przez kopalnie tej spółki tony węgla wynosi 43 dolary, czyli tyle, co cena tony węgla na otwartym rynku. Oznacza to faktyczne bankructwo spółki, jeśli rząd nie zablokuje importu znacznie tańszego węgla. Jeśli jednak zablokuje, oznacza to z kolei bankructwo polskich firm energetycznych albo polskiego przemysłu, który będzie musiał płacić skokowo więcej za prąd. I bankructwo prywatnych odbiorców prądu albo bankructwo państwa, które będzie im musiało dopłacać miliardy do rachunków za energię.

Wedle danych GUS wzrost płac w polskim górnictwie zdeklasował w ubiegłym roku wzrost pensji we wszystkich sektorach produkcyjnych, nie mówiąc o pensjach w szkolnictwie czy służbie zdrowia, gdzie – według terminologii PiS – pracują przede wszystkim „skorumpowane elity”.

W grudniu 2019, kiedy górnikom z kopalń będących bankrutami utrzymywanymi przez budżet państwa i transfery z państwowych spółek energetycznych (czyli z kieszeni klientów indywidualnych i firm płacących rachunki za prąd) daje się trzynastki, nagrody i premie „z zysku”, którego nie generują, przeciętne górnicze wynagrodzenie wyniosło… 17,6 tysiąca złotych brutto.

Reklama

O ile jednak poprzednie rządy kupowały tylko spokój górników, PiS kupuje ich głosy, więc płacić musi za to więcej.

Populizm jest silny czy słaby?

Populizm to – jak mawiał Walther Rathenau, zabity przez nacjonalistów najwybitniejszy lider Republiki Weimarskiej – „bunt polityki przeciw ekonomii”. Jarosław Kaczyński stanął na czele takiego buntu, aby zdobyć władzę. Ludzie spierają się o to, czy populistyczna władza jest wyjątkowo silna, czy wyjątkowo słaba? Odpowiedź na to pytanie jest ważna nie tylko jako doraźna diagnoza sytuacji politycznej, ale także dla oceny całej III RP.

Jeśli władza Kaczyńskiego jest naprawdę silna, to może w roku 1989 popełniliśmy błąd rozpoczynając budowę demokracji liberalnej zamiast peryferyjnego autorytaryzmu – na podobieństwo Białorusi czy Rosji. Jeśli jednak siła władzy Kaczyńskiego jest złudna, to wówczas budując liberalną III RP – gdzie arbitralność władzy centralnej od początku ograniczona była przez prawo, procedury, samorządy lokalne – Polacy dokonali właściwego wyboru.

Odpowiedź na pytanie o realną siłę władzy Kaczyńskiego nie jest wcale łatwa. Z jednej strony wydaje się ona wyjątkowo silna. PiS rozpoczęło drugą kadencję swoich rządów. Trwa atak na wszystkie instytucje ograniczające władzę rządzącej partii i osobistą władzę partyjnego lidera. Trwa, radykalizuje się i poszerza najgłębsza w dziejach III RP „rewolucja kadrowa”, czyli czystki i nominacje w zamian za wzięcie legitymacji partyjnej PiS czy Solidarnej Polski zupełnie obojętne na kryterium kompetencji, uczciwości czy nawet śmieszności. Towarzyszy temu wyrazisty, często brutalny język. Użycie prawicowego hejtu internetowego, a nawet jego autorów, jako języka i kadr nowej władzy.

Jednak prawdziwym testem siły każdej władzy jest jej reagowanie na kryzysy.

Kiedy obserwujemy każdy kryzys, z którym władza PiS musiała sobie poradzić, pojawia się obraz najsłabszego rządu w dziejach III RP. Gaszącego każdy pożar sypaniem pieniędzy, cofaniem, odwlekaniem lub rozwadnianiem decyzji, obietnic i reform, jeśli tylko natrafią na bardziej zdecydowany opór. Władza populistyczna to w istocie władza najsłabsza. Korumpuje zamiast rządzić i ustępuje, jeśli pojawia się wystarczająco silny protest lub lobbystyczny nacisk.

Wielu narzekało na osiem lat rządów Platformy. Że przesypia, unika reform, opóźnia decyzje i działania. Także SLD dwa razy dochodziło do władzy pod hasłem zatrzymania reform. Jednak zarówno PO, jak i SLD miały ostatecznie swój pakiet działań ryzykownych, a potrzebnych dla państwa i społeczeństwa. PO przeprowadziło reformę emerytalną, bardzo kosztowną politycznie, ale konieczną dla przetrwania powszechnego systemu emerytalnego. SLD obniżyło CIT, przeprowadziło też szereg zmian koniecznych dla naszego wejścia do Unii. Nie zniszczyło konsensusu wokół podstawowych reform okresu transformacji, mimo że takie były oczekiwania części wyborców popierających „postkomunistów” w imię PRL-owskiej nostalgii. Sojusz firmował nawet „program Hausnera”, który był politycznie bardzo ryzykowny, np. w ramach reformy finansów państwa już dekadę temu zakładał podniesienie wieku emerytalnego.

Oczywiście Włodzimierz Czarzasty, który o tym wie, dziś wam tego nie powie. Za bardzo jest zajęty przekonywaniem do siebie, choćby za cenę kłamstwa o niedawnej przeszłości własnej formacji, dzieci z hipsterskiej lewicy Zandberga.

Nawet PiS w czasie swoich pierwszych rządów stać było na działania w rodzaju reform Zyty Gilowskiej (obniżenie stawek podatkowych PIT, zmniejszenie klina podatkowego w obszarze kosztów pracy). Jarosław Kaczyński z lat 2006-2007 przegrałby licytację na populizm z Kaczyńskim dzisiejszym. Joanna Kluzik-Rostkowska, która w rządzie Kaczyńskiego z 2006 roku jako wiceminister Pracy i Spraw Społecznych odpowiadała za politykę rodzinną, wspominała: „Tamten program polityki rodzinnej PiS, rozłożony na 6 lat, kosztował w całości 17 miliardów złotych. Był w tym także program wzmocnienia przedszkoli i szkół, szczególnie na terenach wiejskich, oraz wydłużenia urlopów rodzicielskich. Siedzieliśmy w Ministerstwie Finansów razem z ludźmi Zyty Gilowskiej, żeby znaleźć na to pieniądze, co nie było łatwe”.

Dziś sam program 500+ kosztuje budżet 27 miliardów rocznie, w większości przeznaczanych na bieżącą konsumpcję. Część wydanych w ten sposób pieniędzy utrwala społeczne patologie zamiast wyciągać z nich dzieci – najbardziej uzdolnione, chcące się uczyć, którym za część sumy zmarnotrawionej na program partyjnego przekupstwa można by ufundować tysiące stypendiów, znacznie poprawić jakość opieki przedszkolnej i szkolnej w biedniejszych regionach.

Jednak w latach 2006-2007 Kaczyński miał jeszcze partnerów, z którymi się liczył. Godził się na to, aby dyscyplinowała go Zyta Gilowska, która narzucała mu twarde normy budżetowego realizmu. Dziś Mateusz Morawiecki, Jarosław Gowin, Jadwiga Emilewicz… to tylko oportunistyczne marionetki używane przez Kaczyńskiego do populistycznej polityki kreowania listy obietnic bez granic. Niestawiające mu żadnego oporu, nieprzypominające o żadnych regułach czy ekonomicznej realności.

Przy zdobywaniu władzy po raz drugi, a także przez cały okres jej sprawowania, Jarosław Kaczyński postawił na zupełnie niemający precedensu w historii III RP populizm. Polegający na użyciu wszystkich zasobów państwa – traktowanego przez niego jako państwo podbite, które można po prostu eksploatować – do kupowania sobie poparcia większych grup społecznych, a także na zawieszaniu wszystkich decyzji, które budzą społeczne niezadowolenie.

Władza jak za Gierka

Techniczny pomysł Kaczyńskiego na sprawowanie władzy polega na przekupywaniu grup społecznych, które są z jego perspektywy zbyt silne. Po to, by nie przeszkadzały mu w realizowaniu jego prawdziwych priorytetów – w niszczeniu ograniczeń osobistej władzy, przejmowaniu sądów, poszerzaniu „rewolucji kadrowej”. Ta metoda sprawowania władzy cofa nas do chaosu schyłkowego PRL-u, gdzie każdą złotówkę (szczególnie „pustą”, „niczyją”, „budżetową”), każdą „reformę” lub tej „reformy” odwołanie, odroczenie, rozmycie można było uzyskać protestując na ulicy albo lobbując poprzez lokalnych czy resortowych działaczy partyjnych.

Nawet jak Kaczyński upadnie, każda nowa władza będzie musiała przywrócony przez niego chaos z ogromnymi kłopotami znowu wygaszać.

Morał z tej populistycznej pedagogiki jest dla społeczeństwa fatalny. Kaczyński znów bowiem wpaja Polakom zasadę obowiązującą w upadającym PRL-u, w czasach Jaroszewicza, Babiucha, a później kolejnych premierów-zderzaków epoki Jaruzelskiego. „Nie ruszajcie naszych nominatów i naszej ideologii, ale jeśli mocniej kopniecie w rząd, rząd sypnie groszem, nawet jeśli go nie ma”. Także każdą reformę, która w krótkim czasie niesie ze sobą jakieś koszty społeczne, można łatwo zablokować ulicznym czy lobbystycznym naciskiem. Przypomina to również sytuację pierwszych rządów III RP, które wciąż znajdowały się pod naciskiem przyjeżdżających do Warszawy górników, rolników wyjeżdżających ciągnikami na drogi, a jeśli – tak jak rząd Tadeusza Mazowieckiego i Leszka Balcerowicza – decydowały się na sensowne reformy, ryzykowały klęskę ze strony populistycznych zbawców w rodzaju Tymińskiego.

Także z pozoru wyjątkowo silny i bezgranicznie asertywny (w gębie) Jarosław Kaczyński uczy Polaków, że wystarczy ostrzejszy nacisk – na ulicach, w zakładach, poprzez nieformalne lobby związkowe docierające do lokalnych lub resortowych działaczy PiS – a niewygodne dla danego środowiska decyzje zostaną zablokowane, koszty zmian pokryte z nawiązką deszczem budżetowych pieniędzy. Taka władza staje się totalną wydmuszką.

Sam Jarosław Kaczyński wie doskonale, że kupuje w ten sposób doraźny spokój za cenę społecznego i gospodarczego chaosu. Jeśli uważa tę strategię za efektywną, to tylko dlatego, że naprawdę wierzy, iż jest to jedynie chaos okresu przejściowego.

Będzie można go zdławić, kiedy już przeprowadzi się do końca kadrową rewolucję (w służbach, prokuraturze, sądach, policji i wojsku) i zniszczy najważniejsze prawne i instytucjonalne ograniczenia dla władzy. A przerażeni skutecznością PiS-u prywatni przedsiębiorcy dostarczą rządowi pieniędzy, choćby za cenę upadku wielu „niepisowskich” biznesów.

Nadzieje na pełne podporządkowanie sobie społeczeństwa i gospodarki towarzyszą wszystkim populistycznym liderom. Jednak niewielu spośród nich taka strategia w końcu się udaje. Także po rządach Kaczyńskiego pozostanie raczej większy chaos, niż silna peryferyjna dyktatura. Polskie państwo stanie się jeszcze słabsze, a polskie społeczeństwo nieporównanie bardziej zanarchizowane.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/KPRM/W. Kompała

Reklama