Reklama

Zamiast działań władzy, trzeba się zadowolić jej propagandowymi wygłupami – pisze Cezary Michalski. Kaczyński i Morawiecki spisali już na straty ofiary kolejnej fali epidemii koronawirusa. Oni czekają, aż „to” się przetoczy, aż kolejne tysiące ludzi umrą. Wtedy decyzje „niewygodne” dla rządu i PiS (bo „denerwujące” antyszczepionkowców) nie będą już potrzebne. A Morawiecki i Kaczyński będą uważać, że przeszli przez pandemię „bez politycznych strat”.

Władza opóźnia decyzje albo w ogóle ich nie podejmuje. Rozwadnia regulacje, wciąż dyskutuje o różnych rozwiązaniach, próbuje przerzucać odpowiedzialność na opozycję, na pracodawców, na samorządy. To nie jest sytuacja sprzed kolejnej fali pandemii, ale to jest sytuacja z apogeum kolejnej fali pandemii, kiedy codziennie umiera pół tysiąca Polaków. Teraz jest za późno, żeby tym masowym śmierciom zapobiec. I właściwie cały ten zamęt w PiS i w rządzie w sprawie decyzji, które powinny być podjęte przed paroma miesiącami, pokazuje, że Kaczyński i Morawiecki właściwie spisali już na straty ofiary kolejnej fali epidemii.

Oni czekają, aż „to” się przetoczy, aż kolejne tysiące ludzi umrą. Wtedy decyzje „niewygodne” dla rządu i PiS (bo „denerwujące” antyszczepionkowców) nie będą już potrzebne. A Morawiecki, Kaczyński, obsługujący ich PR-owo Bielan i „harcerze Dworczyka” – wszyscy oni będą uważać, że przeszli przez pandemię „bez politycznych strat”.

Tyle że przejdą ze stratą tysięcy ofiar koronawirusa, spośród których wiele można by uratować, gdyby rząd przed paroma miesiącami zrobił to, czego nie zrobił do dzisiaj.

Te decyzje Kaczyński (odpowiedzialny w rządzie za bezpieczeństwo – śmiechu warte) i Morawiecki powinni byli podjąć przed paroma miesiącami. Dziś te wszystkie ograniczenia, regulacje już od wielu tygodni powinny obowiązywać. A ich nie ma. Na nie jest już za późno.

Reklama

Zupełnie inne priorytety Kaczyńskiego

Kompletne nieprzygotowanie władzy PiS do czwartej fali pandemii nie wynika tym razem ani z zaskoczenia, ani z niepełnej wiedzy na temat zagrożenia. O pandemii i metodach walki z nią (lub choćby łagodzenia jej skutków) wiemy dziś więcej, niż dwa lata temu.

Przyczyny, dla których państwo PiS jest wobec czwartej fali bezradne, a czasem w ogóle na nią nie reaguje, są co najmniej dwie. Pierwsza z nich to nieuznanie przez władzę służby zdrowia i grup zawodowych tam pracujących (lekarze, ratownicy medyczni, pielęgniarki) za tematy priorytetowe dla państwa, za obszary, które należało po pierwszych uderzeniach pandemii dofinansować, zreformować, wzmocnić. Dla Kaczyńskiego pierwszeństwo miały jednak dalsze transfery socjalne, pozwalające mu kupować głosy w wyborach i sondażowe poparcie. A także pseudomocarstwowa propaganda, każąca przynajmniej ogłaszać (bo z realizacją, jak to zwykle u Kaczyńskiego, jest gorzej) zakupy najnowocześniejszego, najdroższego, oczywiście amerykańskiego sprzętu wojskowego, a także zapowiedź rozbudowania armii do ćwierć miliona żołnierzy zawodowych i pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej.

Na współczesnym polu walki nie ma to żadnego sensu (generał Mirosław Różański celnie zauważył, że

Kaczyński przygotowuje się w ten sposób do Drugiej Wojny Światowej, podczas gdy grozi nam Trzecia),

jednak spełnia marzenie prezesa PiS o „skoszarowaniu” jak największej liczby Polaków i stworzeniu formacji, która co prawda będzie bezbronna wobec rakiet balistycznych Putina, a nawet wobec jego trolli internetowych, ale świetnie nada się do dyscyplinowania własnego społeczeństwa w sytuacji kryzysu, protestów czy buntu.

Druga przyczyna, dla której państwo PiS nie mogło we właściwym czasie zareagować na czwartą falę pandemii to lęk przed własnym elektoratem (wyborcami PiS-u) oraz tą częścią elektoratu, o którą Kaczyński musi walczyć, aby swoją władzę umocnić (wyborcy Konfederacji). Większość obu tych grup w epidemię koronawirusa „nie wierzy” i jej „nie dostrzega”. Dlatego wprowadzenie przez rząd realnych obostrzeń lub choćby wymuszenie przestrzegania minimalnych obostrzeń wciąż obowiązujących – tyle że szczególnie w regionach najbardziej popierających PiS tylko teoretycznie – oznaczałoby dla Kaczyńskiego utratę poparcia.

A to jest z jego punktu widzenia niebezpieczeństwo większe, niż setki umierających dziennie ludzi. Nawet bowiem śmierć „koronasceptyków” z powodu wirusa można – przy umiejętnej propagandzie, a Kaczyński ma do jej uprawiania narzędzia i talent – przedstawić jako „winę lekarzy” i dzięki temu

jeszcze skuteczniej poszczuć własnych wyborców na „lekarskie elity”.

„Dlaczego nic nie możemy”

Zamiast działań władzy, trzeba się zadowolić jej propagandowymi wygłupami. Do klasyki przejdą kolejne wypowiedzi rządzących, mające tłumaczyć totalny imposybilizm Prawa i Sprawiedliwości w walce z najważniejszym wyzwaniem całej epoki rządów tej partii, jakim okazała się epidemia koronawirusa. Prezydent Andrzej Duda, który zawsze stroni od trudnych politycznych decyzji i zawsze jest pierwszy do gładkiej PR-owej gadki, powiedział do dziennikarzy na międzynarodowym szczycie w Budapeszcie: „znając podejście moich rodaków, takie poczucie wolności, nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce można było wprowadzić przymusowe szczepienia”.

W wywiadzie dla TVP prezydent uzupełnił swoje usprawiedliwienie niedecyzyjności władz, mówiąc: „nie ma co walczyć z narodowymi cechami charakteru, po prostu trzeba je wziąć pod uwagę i w odpowiedni sposób podejmować decyzje, odnosząc się z szacunkiem do indywidualnej decyzji ludzi”.

Wiceminister zdrowia Waldemar Kraska, tłumacząc się z kompletnej kapitulacji władzy wobec antyszczepionkowców, powiedział: „jesteśmy kulturalnie inaczej uwarunkowani, od wielu lat mamy w genach gen sprzeciwu”. Tą samą drogą – tylko jak zwykle brutalniej i ostrzej – podąża propaganda mediów powiązanych z władzą.

W telewizji Jacka Kurskiego i w „tożsamościowych mediach prawicy” (prywatne media Karnowskich, Sakiewicza i Lisickiego, tyle że obficie wspierane publicznymi pieniędzmi przez PiS), „polska wolność” („wolność” od szczepionki i kolejnych lockdownów) jest przeciwstawiana „europejskiemu zniewoleniu”, przeciwko któremu „buntują się wolni Niemcy, Austriacy, Holendrzy i Włosi”. Posłowie PiS nie chcieli się nawet podpisać pod projektem ustawy własnej partii, dotyczącym zupełnie minimalnych regulacji, które miałyby doprowadzić do wzrostu liczby zaszczepionych.

W ten sposób antyszczepionkowcy awansują w języku obozu rządzącego Polską do grona przedstawicieli długiej tradycji polskiej wolności, ciągnącej się od obrońców zasady „liberum veto” (cenionej przez sporą część dzisiejszej polskiej prawicy, która jednak zaowocowała najpierw kompletną impotencją polskiego państwa, a później jego zniknięciem), poprzez słynnego posła sejmu rozbiorowego Tadeusza Rejtana, skończywszy na uczestnikach XIX i XX-wiecznych narodowych powstań. Można z tego szydzić, można się oburzać, warto jednak zrozumieć, do czego Kaczyńskiemu, Morawieckiemu i Dudzie takie porównania są politycznie przydatne.

Po pierwsze – jak wiemy z „maili Dworczyka”, ale przede wszystkim z obserwacji praktyki sześciu lat rządów PiS – jakakolwiek katastrofa czy kryzys dotykające polskie społeczeństwo i państwo zaczynają być dla Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dudy czy Ziobry katastrofą czy kryzysem naprawdę poważnym tylko i dopiero wówczas, kiedy zaczynają być kryzysem wizerunkowym – ich własnym i ich politycznego obozu. I kiedy ten kryzys grozi przełożeniem się na sondaże i wyniki wyborów.

Kryzysu nie ma, dopóki nie zauważą go wyborcy PiS-u i całej Zjednoczonej Prawicy. Albo też wyborcy z grup, o których poparcie Zjednoczona Prawica zamierza walczyć.

Z tego punktu widzenia epidemia koronawirusa nie stała się zagrożeniem dla władzy, bo jej negatywne dla rządzących oddziaływanie nie przekroczyło jak dotąd granicy pomiędzy elektoratem opozycji i elektoratem PiS i Konfederacji. Kary lub choćby ograniczenia dla niezaszczepionych przypadłyby do gustu głównie wyborcom opozycji, którzy i tak nie zaczną z tego powodu na PiS głosować. Nie przypadną natomiast do gustu wyborcom PiS i Konfederacji, którzy albo na obecny obóz władzy głosują, albo mogliby na niego lub jego kandydatów zagłosować (jak np. zagłosowali w drugiej turze wyborów prezydenckich na Dudę). Ograniczenia i towarzyszący im dyscyplinujący język władzy zostałyby przez te grupy wyborców odebrane jako atak i najgłębsza godnościowa obraza. Nie zaczęliby z tego powodu głosować na opozycję, ale mogliby nie zagłosować w ogóle, a od takich decyzji zależy utrzymanie władzy albo jej utrata.

Drugi powód, dla którego rządzący wolą bełkotać o „polskim genie wolności” zamiast działać, to traumatyczne dla władzy doświadczenie pierwszego lockdownu. Kompletna anarchia (szczególnie w regionach i grupach głosujących w większości na PiS i Konfederację), górale wynajmujący całe swoje pensjonaty jako „schowki na narty”, wściekłość libertariańsko-narodowej części drobnych przedsiębiorców, obojętność i niezrozumienie dla ograniczeń ze strony sporej części mieszkańców „ściany wschodniej” i wsi. Ci ludzie ani nie rozumieli powodów zakazów, ani się do nich nie stosowali. A

populistyczna władza, zamiast „pracować z ludem”, zawsze woli mu się przypodobywać. Populiści zdobywają władzę w warunkach głębokiego kryzysu powszechnej edukacji, trudno się zatem dziwić, że sami w edukację nie wierzą.

Wobec katastrofy pierwszego lockdownu Morawiecki, Duda, Ziobro, Kamiński, Kaczyński… musieli udawać, że nie widzą tego totalnego „obywatelskiego nieposłuszeństwa” (z przyczyn przedstawionych w punkcie pierwszym, czyli dlatego, że to nieposłuszeństwo okazał albo ich obecny elektorat, albo ich elektorat potencjalny). To jednak przekładało się na upokorzenie władzy. Można się było po raz kolejny przekonać, że w państwie Prawa i Sprawiedliwości rządzącym ani sprawiedliwość nigdy nie była bliska, ani do przestrzegania prawa zmusić nikogo nie umieją.

Aby uniknąć obu tych problemów (zniechęcenia do siebie własnych wyborców i upokorzenia obrazem własnej bezsilności) Morawiecki, Duda, Kaczyński… nie spieszą się do wprowadzania jakichkolwiek ograniczeń dla niezaszczepionych.

Przykrą konieczność w polityczny zysk przerobić jest łatwo, szczególnie przy użyciu „narodowej dumy”. A akurat ten obóz ma w takiej politycznej alchemii ogromne doświadczenie i spore sukcesy.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Rys. Bartosz T. Wieliński

Reklama