Reklama

Ci, którzy mówią, że mają dość duopolu Kaczyńskiego i Tuska, Platformy i PiS-u, albo kłamią świadomie, albo są takimi naiwniakami, że bez zrozumienia powtarzają wygodne dla Kaczyńskiego banały. Po osłabnięciu Platformy nie mieliśmy w to miejsce politycznego pluralizmu, ale monopol Kaczyńskiego i PiS. Powrót Tuska może ten monopol przełamać – pisze Cezary Michalski. Przez cały rok nie powstał zresztą po stronie opozycji żaden ruch społeczny, żadna inicjatywa, którą można by kojarzyć z realną polityczną siłą. Gdyby coś takiego powstało, Tusk nie musiałby wracać. Albo wracać nie miałby gdzie.

Donald Tusk bez trudu zdołał się w sobotę zaprezentować jako polityk dojrzalszy od Dudy czy Morawieckiego, mniej zdziecinniały od Kaczyńskiego czy Terleckiego, bardziej wypoczęty, niż większość graczy na naszym politycznym boisku. A w każdym razie lepiej umiejący ukrywać swoje zmęczenie, bo jego dryblingi w polityce europejskiej wymagały wysiłku. Tym bardziej, że trzeba je było wykonywać z coraz cięższą kulą u nogi, w postaci coraz bardziej toksycznej, antyeuropejskiej, proputinowskiej polityki Kaczyńskiego.

Tusk wchodzi na boisko, kiedy zarówno zespół Kaczyńskiego, jak też zespół Platformy (i całej opozycji, bo Lewica i Ludowcy wcale nie są w lepszym stanie) słaniają się ze zmęczenia – co w polityce zawsze wytwarza wrażenie jałowości i rytuału. W dodatku to zmęczenie obu drużyn premiowało do tej pory Kaczyńskiego i PiS, bo oni mogli sobie pozwolić na grę w obronie, wciąż broniąc łupów zagarniętych już sześć lat temu – państwowych urzędów, służb, spółek skarbu państwa, mediów należących do państwa. Posiadanie wszystkich zasobów państwa, wykorzystywanie ich w interesie partii dawało im przewagę w tej jałowej, rytualnej grze.

Trudno się więc dziwić, że pierwszą, zupełnie jeszcze odruchową recenzją powrotu Tuska jest paniczny strach PiS-owskich publicystów, komentatorów, mediów.

Jak mawiali przy podobnych okazjach nasi przodkowie, „diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni”. Hejterskie portale braci Karnowskich i Sakiewicza, wyspecjalizowana w hejcie telewizja Jacka Kurskiego – załamują ręce nad „językiem nienawiści, jaki pojawił się w polskiej polityce wraz z powrotem Tuska”.

Reklama

Odezwali się też „symetryści” – zarówno oportuniści, cynicy, w ten czy inny sposób opłacani przez rząd, jak też nasi wiecznie zblazowani autentyczni „esteci”. Ubolewają nad tym, że wraz z pojawieniem się Tuska utrwala się „duopol PiS-PO”. Z kolei poseł Zbigniew Girzyński – sam rozdarty między strachem i lojalnością wobec dwóch swoich mecenasów, Jarosława Kaczyńskiego i Adama Hofmana (obaj panowie właśnie postanowili się zatłuc, więc ich wspólny podopieczny znalazł się między młotem i kowadłem), doznał zawrotu głowy od swojej jednodniowej medialnej popularności dysydenta z PiS, który jednak chce zachować swoje miejsce w szeregach rządzącej prawicy. I ogłasza autorytatywnie, że „powrót Tuska to marzenie Kaczyńskiego”, co ma znaczyć, że Kaczyński umie z Tuskiem walczyć i wygrywać.

Gdyby rzeczywiście tak było, PiS-owscy specjaliści od propagandy nie wsadziliby dzisiaj Kaczyńskiego w kaftan

i nie zamknęliby przed mediami swego kongresu, który miał przecież być głównym wydarzeniem promocyjnym PiS-u w skali całego roku, a może nawet całej kadencji. Żeby przygotować jakąś odpowiedź na jutro. I żeby na jutro ocucić Kaczyńskiego. Nawet jeśli oznacza to oddanie Tuskowi walkowerem całego dzisiejszego dnia.

Zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel, ryzykując totalne samoośmieszenie, tłumaczył nagłe zamknięcie kongresu (w tym odcięcie mediów od dzisiejszego przemówienia Kaczyńskiego) „obostrzeniami związanymi z epidemią Covid-19”.

Kaczyński ostatni raz wygrał z Tuskiem w 2005 roku. W 2015 roku wygrał za niego Falenta, biznesowy partner Władimira Putina. Od 2007 roku do 2014 roku Tusk wygrywał każde wybory, w tym w 2007 roku przez nokaut – i to po bezpośrednim starciu z Kaczyńskim.

Później Tusk przez dwa sezony grał w europejskiej politycznej Lidze Mistrzów, podczas gdy Kaczyński powolutku dziadział, otoczony coraz bardziej dziwaczną drużyną, którą Tusk mógł teraz bez trudu wypunktować. Wyliczając po prostu w swoim powrotowym wystąpieniu: „Czarnek – oświata, Ziobro – sprawiedliwość, Kaczyński – bezpieczeństwo, Sasin – zarządzanie… Oni prowadzą politykę, jakby robili kabaret. Można się czasami pośmiać. Ale to bardziej straszne niż śmieszne”.

Przełamać słabość opozycji

Dlaczego jednak obóz polityczny tak kompromitująco słaby w rządzeniu państwem był przez ostatnie sześć lat tak silny politycznie? Przesądziła o tym słabość opozycji – słabość organizacyjna, słabość przywództwa.

Tusk nawiązał do tego w swoim wystąpieniu, choć bardzo delikatnie, ponieważ zarówno w PO, jak też w innych opozycyjnych środowiskach, z którymi już od jutra przyjdzie mu negocjować, musi teraz szukać partnerów, a nie robić sobie wrogów.

Ci, którzy mówią, że mają dość duopolu Kaczyńskiego i Tuska, Platformy i PiS-u, albo kłamią świadomie, bo mają w tym polityczny albo osobisty interes, albo też są takimi naiwniakami, że bez zrozumienia powtarzają wygodne dla Kaczyńskiego banały. Po osłabnięciu Platformy nie mieliśmy w to miejsce politycznego pluralizmu, ale monopol Kaczyńskiego i PiS. Powrót Tuska może ten monopol przełamać.

A ci z polityków opozycji, którzy nie są naiwni, którzy wiedzą, że kłamią powtarzając wygodną dla Kaczyńskiego tezę o „męczeniu duopolem PO-PiS”, sami najczęściej odpowiadają za to, że po osłabieniu PO żaden pluralizm w polskiej polityce się nie narodził. Przesądzili o tym rozmaici liderzy Lewicy. Jedni, jak Czarzasty, zbyt jawnie cyniczni, drudzy, jak Zandberg, zbyt fanatyczni, a trzeci, jak Biedroń, zbyt narcystyczni.

Także Szymon Hołownia był przez ostatni rok tak zajęty budowaniem własnego wizerunku, że przez ten czas nie zbudował partii. Przez cały rok nie powstał zresztą po stronie opozycji żaden ruch społeczny, żadna inicjatywa, którą można by kojarzyć z realną polityczną siłą. Gdyby coś takiego powstało, Tusk nie musiałby wracać. Albo wracać nie miałby gdzie.

Słabość przywództwa i coraz głębsze rozbicie opozycji wytworzyły pustkę, w której najbardziej nawet zdziecinniały i zdziadziały Kaczyński mógł sobie pozwolić na wszystko

– na bezkarne podeptanie praw kobiet, na zagwarantowanie totalnej bezkarności swoim uwłaszczającym się na publicznych pieniądzach partyjnym żołnierzom. A wreszcie na jawną już deklarację Targowicy – czyli zapowiedź wejścia PiS w koalicję z Marine Le Pen, Salvinim, Vox-em, Orbánem… czyli politykami i formacjami zupełnie otwarcie wspieranymi i sponsorowanymi przez Kreml, żeby zniszczyły Unię i wydały bezbronną politycznie Europę na łaskę i niełaskę Putinowskiej Rosji.

Partia

Z Kaczyńskim Tuska łączy jedno. Obaj wiedzą doskonale, że kluczem do polityki ogólnej, do przyszłej walki o władzę, jest posiadanie pełnej kontroli nad własną formacją. Kaczyński od początku był liderem wszystkich swoich partii. Porozumienie Centrum było jego dziełem autorskim, podobnie jak PiS. Tymczasem zarówno Kongres Liberalno-Demokratyczny (pierwsza partia Donalda Tuska), jak też PO rozpoczynały się jako formacje zespołowe, w których Tusk dopiero po jakimś czasie wywalczał sobie pozycję lidera.

KL-D było początkowo formacją pokoleniową założoną przez środowisko rówieśnicze Tuska – gdańskich liberałów. Jednak to Donald Tusk ściągnął do Kongresu wybijające się postacie pokolenia nieco młodszego – Schetynę, Siemoniaka, Halickiego… Najbardziej radykalnych i antykomunistycznych liderów pierwszego NZS-u, których Tusk „nawrócił” na polityczny realizm. Ale zaprosił ich do KL-D także po to, by mu zbudowali struktury partyjne – jako jego ludzie, dla których stał się ideowym i politycznym mentorem. W ten sposób zdominował Kongres.

Ta świadomość Tuska, że musi w pełni kontrolować własną formację, aby móc na jej czele rozgrywać wielką politykę, widoczna też była w przypadku Platformy.

Założona jako formacja „trzech tenorów”, Tuska, Płażyńskiego, Olechowskiego, w której osobną, suwerenną pozycję zajmowali jeszcze Jan Rokita, Zyta Gilowska, a w pewnym momencie także Paweł Piskorski, zmieniła się w formację mającą wyraźnego lidera. Tusk znów zrozumiał, jaką przewagę daje mu kontrolowanie aparatu partii, procesu jego budowania. I znów powierzył to zadanie najbliższym sobie ludziom – Schetynie, Siemoniakowi, Halickiemu.

W ten sposób w 2007 roku mógł się zmierzyć z Kaczyńskim jak równy z równym. Też dysponując najsilniejszą bronią, jaką jest w polityce zdyscyplinowana i w pełni kontrolowana partia. Taka, jaką Kaczyński dysponował zawsze, a jaką na lewicy miał kiedyś tylko Leszek Miller.

Ta zupełnie podstawowa wiedza historyczna tłumaczy, dlaczego Tusk musiał rozpocząć swój powrót od walki o pełne przejęcie Platformy. Ta walka okazała się Blitzkriegiem, co dowodzi, że grając przez dwa sezony w europejskiej Lidze Mistrzów nie stracił swojego daru kończenia akcji i strzelania goli, przeciwnie, być może nabrał jeszcze większej wirtuozerii. A ponieważ oglądał tak długo najlepsze europejskie drużyny, może potrafi taką drużynę zbudować z PO i z całej naszej demokratycznej opozycji (co w przypadku polskich piłkarzy nie udało się Paulo Sousie).

Dalej będzie już jednak tylko trudniej. Platforma, nawet z Tuskiem, będzie musiała odzyskać wszystko, co zaczęła tracić

– począwszy od lojalności swoich samorządowców (nawet tych najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej gwiazdorskich), poprzez zdolność do zaproponowania sensownego scenariusza współpracy innym środowiskom opozycyjnym, aż rozpoczęcie prawdziwej walki o władzę z PiS-em. Czyli jedynej ważnej dziś dla Polski rozgrywki, na której podjęcie Platforma była już od jakiegoś czasu za słaba.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Donald Tusk, Fot. Flickr/EU2017EE Estonian Presidency, licencja Creative Commons

Reklama