Reklama

Jedyny sens kijowskiej wyprawy Kaczyńskiego to PR. Smoleńska martyrologia dała mu władzę, wyprawa kijowska ma jego władzę utrwalić. Dlaczego jednak media i dziennikarze znowu dali mu się ograć? Między Smoleńskiem i Kijowem nie ma przecież żadnej różnicy. Ten sam cynizm, ta sama zdolność manipulowania zbiorową podświadomością Polaków. Można by się już tego raz wreszcie nauczyć! Można by się już na to wreszcie uodpornić! – pisze Cezary Michalski

Wyprawa kijowska Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński przedstawił się w Kijowie jako reprezentant demokratycznego Zachodu. Wręcz bardziej odważny i twardy w bronieniu zachodnich wartości, niż „zbyt miękki” Biden czy Francuzi i Niemcy. Podczas gdy oni „trzęśli portkami”, Kaczyński złożył Ukraińcom (rzekomo w imieniu NATO i Unii Europejskiej, choć ani liderzy NATO, ani liderzy Unii nic o tym nie wiedzieli) ofertę wysłania na Ukrainę „pokojowej misji NATO, która jednak będzie w stanie także się obronić, gdyż będzie też osłonięta przez odpowiednie siły zbrojne” (swoją drogą, czy ten człowiek, umiejący ponoć cytować Kornela Ujejskiego z pamięci, musi się zawsze posługiwać taką koszmarną, skrofuliczną, Gomułkowską polszczyzną?).

Propozycja Kaczyńskiego nie tylko nie była konsultowana z NATO czy UE, ale wyraźnie przekracza wyznaczoną zarówno przez Unię, jak też przez Sojusz czerwoną linię, jaką jest wysyłanie na Ukrainę NATO-wskich oddziałów. Jeszcze przed wizytą Kaczyńskiego w Kijowie Joe Biden, Antony Blinken i Jens Stoltenberg wielokrotnie powtarzali, że wysłanie na Ukrainę żołnierzy NATO (a więc także i polskich) oznaczałoby ich bezpośrednie starcie z Rosjanami i groziło wybuchem trzeciej wojny światowej. Dzień po wizycie Kaczyńskiego w Kijowie powtórzył to szef Rady Europejskiej Charles Michel.

Trzecia wojna światowa to może nie jest żaden problem dla Krasnodębskiego czy Legutki, oni będą oglądać atomowy grzyb nad Mazowszem z Brukseli, Londynu albo Waszyngtonu. Ale dla mnie to jest problem wart zastanowienia, bo ja mieszkam w Wawrze.

Kaczyński umie jednak ujeżdżać imaginarium polskości. Smoleńska martyrologia dała mu władzę, wyprawa kijowska ma jego władzę utrwalić na wieki. I faktycznie, w polskich mediach i w polskich inteligenckich elitach (i to wcale nie tych pisowskich) po jego wirtuozerskim występie w Kijowie albo wybuchł entuzjazm, albo – w najlepszym razie – rozpoczęły się spory.

Reklama

Jest to jednak entuzjazm dla fikcji i spory o fikcję, bowiem w rzeczywistości Jarosław Kaczyński w ogóle nie pojechał do Kijowa, aby pomóc Ukraińcom. On tam pojechał wyłącznie po to, by zebrać polityczny kapitał i symboliczną legitymizację potrzebne mu do dalszej długoletniej wojny przeciwko Zachodowi.

Gdyby faktycznie traktował swoją propozycję wysłania na Ukrainę NATO-wskich (a więc i polskich) żołnierzy poważnie, można by go uważać za samobójcę i człowieka nieroztropnego. Tak postąpiłby Lech Kaczyński, jednak Jarosław Kaczyński nie jest swoim bratem.

Jemu chodziło wyłącznie o to, aby „w imieniu Zachodu” przedstawić „odważną ofertę”, której Zachód nie zrealizuje.

Czy zatem taki „tchórzliwy Zachód” (Unia Europejska, administracja Bidena) będzie miał później prawo pytać go o praworządność, o niezawisłość sądów, o prawa człowieka i procedury demokratyczne w rządzonym przez niego kraju? Odpowiedzią na to retoryczne pytanie zajmą się w najbliższych miesiącach bracia Karnowscy, Paweł Lisicki, Tomasz Sakiewicz i szeregowi siepacze Jacka Kurskiego.

Jeśli obserwowało się Kaczyńskiego od trzydziestu lat (tyle czasu spędził w polskiej polityce i na polskiej scenie publicznej), wiedza o faktycznym sensie jego wyprawy do Kijowa nie jest dowodem posiadania jakiegoś specjalnego wglądu w jego psychikę. Nie jest też paranoją. To raczej banał, Kaczyński zawsze tak postępował. Dlaczego jednak media i dziennikarze (a jak zwykle nie mówię tu o zatrudnionych w TVP czy o utrzymywanych przez państwo „prawicowych tygodnikach opinii” urzędnikach PiS-u, ale o skłonnych do egzaltacji panach i paniach z mediów bynajmniej niepisowskich, a czasami nawet uważanych za media wobec PiS-u krytyczne) znowu dali się Kaczyńskiemu ograć? Między Smoleńskiem i Kijowem nie ma przecież żadnej różnicy. Ten sam cynizm, ta sama zdolność manipulowania zbiorową podświadomością Polaków. Można by się już tego raz wreszcie nauczyć! Można by się już na to wreszcie uodpornić!

Jedyny sens kijowskiej wyprawy Kaczyńskiego to PR.

Okazuje się jednak, że wielu polskim dziennikarzom i liderom opinii publicznej wystarczy pokazać ułana i zabrzęczeć nad uchem szabelką, by przestali myśleć na długo, jak słaby bokser po ciężkim nokaucie.

Kaczyński potraktował Ukrainę z takim samym instrumentalnym cynizmem, z jakim wcześniej potraktował Polskę (nasze długofalowe geopolityczne interesy, które bez chwili wahania poświęcił na ołtarzu osobistej władzy), jak wcześniej potraktował polski Kościół (i samo chrześcijaństwo), jak wcześniej potraktował kwestię aborcji i praw polskich kobiet. A nawet jak potraktował i politycznie zużył śmierć własnego brata w Smoleńsku. Podkręcając lub wygaszając rozważania na temat „zamachu”, w zależności od tego, czy były mu one potrzebne, czy też przeszkadzały w kolejnych kampaniach wyborczych i politycznych ustawkach.

Dla Kaczyńskiego żadna wartość nie jest święta, każdą ideę zużyje w zimnej odczarowanej walce o osobistą, nieograniczoną władzę, będącą jedyną jego namiętnością.

Dlaczego zatem miałby inaczej potraktować Ukrainę?

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki podczas spotkania z Wołodymyrem Zełenskim, Fot. Flickr/President Of Ukraine, Public domain

Reklama