Reklama

„Nowoczesny” model autorytaryzmu realizowany przez Morawieckiego, Dudę, Szumowskiego, Gowina może się okazać jeszcze obrzydliwszy, a przede wszystkim jeszcze niebezpieczniejszy dla wolności społeczeństw i jednostek, niż anachroniczna tyrania Kaczyńskiego – pisze Cezary Michalski

Minister Łukasz Szumowski jako ekspert wypromowany przez koronawirusa i profesjonalny PR odegrał scenariusz przygotowany dla niego przez Kaczyńskiego i Gowina, czyli przez ludzi, którzy w teatrzyku obecnej władzy odgrywają role złego i dobrego gliny. Jak się jednak okazuje, scenariusz przesłuchania jest jeden. Albo dajecie Dudzie dwa lata władzy bez żadnych wyborów (Gowin przygotował dla Kaczyńskiego odpowiednią propozycję dalszego zdemolowania polskiej konstytucji i tak już bezlitośnie demolowanej przez ich obóz polityczny od czterech lat), albo zarażacie się i zdychacie, wybierając Dudę 10 maja.

W dodatku wedle najnowszej ordynacji, która zostanie wprowadzona na kilka dni przed wyborami, a wedle której Kaczyński (oraz jego najbliżsi ministrowie i ciury w rodzaju Sasina, Kamińskiego, Błaszczaka, Zdzikota…) organizuje wybory, czuwa nad ich przebiegiem, liczy głosy i zatwierdza wynik.

„Wybierajcie sobie jedną z tych wersji – mówią zgodnym chórem Kaczyński, Morawiecki, Gowin, Szumowski – a jeśli Duda nie dostanie prezydentury na dwa lata bez wyborów od Gowina, lecz dostanie ją 10 maja od Kaczyńskiego w niedemokratycznych i niepowszechnych wyborach kosztujących zdrowie i życie Polaków – to wina opozycji, nie nasza”.

Szumowski dzięki posłuszeństwu wobec Kaczyńskiego może budować swój pseudoreligijny Gilead (cyt. za Stary Testament oraz „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood). Piszę „pseudoreligijny”, ponieważ wciąż staram się wierzyć, że zastosowanie religii jako narzędzia świeckiej władzy i dominacji nad „grzesznikami” nie jest jej właściwym użyciem, a ewangelizacja prowadzona przy użyciu prawa państwowego jest ponurą farsą. Jednak to właśnie dzięki Kaczyńskiemu Szumowski może sobie z pozycji ministra zdrowia realizować swoje ideologiczne koniki.

Reklama

Łukasz Szumowski był bowiem – zanim jeszcze został PiS-owskim ministrem – sygnatariuszem „Deklaracji wiary”, w której grupa katolickich lekarzy zapowiadała, że zrobi wszystko, aby złamać obowiązujący w Polsce kompromis aborcyjny.

Jako minister zdrowia Szumowski konsekwentnie pracuje nad zaostrzeniem obowiązującego prawa

i już dziś doprowadził do sytuacji, w której przy użyciu „klauzuli sumienia” całe szpitale, a nawet szpitale w całych regionach i województwach odmawiają wykonywania zabiegów aborcyjnych w sytuacjach wyjątków opisanych w obowiązującej ustawie.

Do roli „dobrych gliniarzy” ustawia się w obozie władzy długa kolejka. Duda ubolewa nad majowym terminem prezydenckich, ale jeśli Kaczyński dla niego te wybory zorganizuje i wygra, to nasz prezydent-notariusz chętnie ponosi przez kolejne cztery lata załatwione mu przez Kaczyńskiego prezydenckie insygnia i dalej będzie podpisywał wszystko, co Kaczyński rzuci mu na biurko.

Morawiecki uroczyście zwraca Polakom prawo wchodzenia do lasów i parków w pojedynkę, którego wcześniejsze odebranie nie miało żadnego sensu poza PR-owym.

Rolę złego gliny zgodził się z kolei odgrywać Zbigniew Ziobro, który pod osłoną celowo nakręcanej przez Kaczyńskiego awantury o majowe wybory walczy o jak najszybsze przejęcie Sądu Najwyższego, a także pilnuje, aby decyzja Trybunału Sprawiedliwości UE dotycząca zawieszenie prac PiS-owskiej Izby Dyscyplinarnej SN nigdy nie została zrealizowana. Znów będzie to kosztowało Polskę bardzo konkretne pieniądze i dalsze osłabienie polskiej pozycji w UE. Ale w końcu Kaczyński i Ziobro nie ze swoich kieszeni płacą, ale z naszych.

PR-owe ogrywanie epidemii

Kaczyński, Duda, Morawiecki, Ziobro i Gowin pozwalają sobie na ten coraz bardziej otwarty zamordyzm, ponieważ PiS żeruje na epidemii, na razie dosyć skutecznie. Morawiecki i Szumowski prężą codziennie swoje stalowe PR-owe bicepsy twierdząc, że epidemia się przed nimi cofa. I jeśli wierzyć sondażom – to działa.

Problem pojawia się wówczas, gdy PR-owe „przekazy dnia” zderzyć z rzeczywistością. Pozwolę sobie przytoczyć w tym miejscu kilka informacji i liczb.

„Pan Marcin najpierw stracił węch i smak. Później z powodu koronawirusa zmarł mieszkający z jego rodziną teść. Teraz wraz z żoną i dwójką dzieci mają kaszel i inne objawy koronawirusa. Wszyscy czekają na wykonanie testu już od tygodnia. – Czujemy się, jakbyśmy siedzieli na minie – mówi pan Marcin. Sanepid uspokaja, że takie są procedury” (Onet.pl)

„Codziennie rano z wrocławskiego sanepidu wyrusza samochód do Drezna. Wiezie 200 wymazów, głównie od pracowników służby zdrowia. Potem przychodzi wiadomość z zaszyfrowanymi wynikami testów. Koszty badania pokrywa strona saksońska. Za jeden test w Polsce w chwili rozpoczynania współpracy trzeba było zapłacić około 460 zł. Teraz ten koszt nieco spadł. W Niemczech takie badanie jest tańsze, ale i tak miesięcznie Saksonia oszczędza nam wydatek prawie 1,5 mln zł. Niemcy wykonują znacznie więcej testów, zbliżają się do 100 tys. dziennie. W całej Polsce natomiast robi się ich około 8 tys. Te 200 przeprowadzanych dla nas w Dreźnie to więc ogromne wsparcie – mówią lekarze z Wrocławia” („Gazeta Wyborcza”)

„Trzeci kolejny dzień spada liczba testów »z ostatniej doby«. Jest ich najmniej od 1 kwietnia. Nic dziwnego, że spada liczba wykrytych dziennych zakażeń do poziomu z końca marca. W Ministerstwie Zdrowia uzyskaliśmy tylko ogólnikową uwagę, że »przecież testy zamawiają lekarze«. Czemu lekarze mieliby zamawiać ich mniej? Nie wiadomo. Tymczasem o większą liczbę wykonywanych testów zaapelowała 14 kwietnia wieczorem Naczelna Izba Lekarska. »Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwo sobie, aby móc dalej nieść pomoc naszym pacjentom«” (Oko.press)

Do tego jeszcze drobne porównanie liczb. Wedle międzynarodowego portalu statystycznego Worldometers.info Niemcy wykonały od początku epidemii 1 728 357 testów na obecność koronawirusa (20 629 na milion mieszkańców), a Polska 169 071 (4 467 na milion mieszkańców). Jeśli chodzi o liczbę testów na milion mieszkańców (najbardziej wiarygodny wskaźnik możliwości danego państwa i jego realnego zainteresowania zwalczaniem epidemii)

Polska jest za Wenezuelą, krajem znajdującym się w kompletnym rozkładzie, gdzie jednak na milion mieszkańców wykonuje się 9 442 testy. Jesteśmy też za Białorusią, gdzie – mimo absurdalnych deklaracji Łukaszenki – wykonuje się jednak 9 187 testów na milion mieszkańców.

Gorzej niż w Polsce jest na Węgrzech (4 305 testów na milion mieszkańców). Ale tam będący wzorcem dla Kaczyńskiego i Morawieckiego Orbán świadomie wybrał strategię wykonywania mniejszej liczby testów, żeby móc ogłaszać do woli kolejne „wypłaszczenia liczby zachorowań” mające być miarą triumfu jego swojskiego autorytaryzmu nad zachodnimi demokracjami, „które nie radzą sobie z kryzysem”. Z krajów członkowskich UE z Polską ścigają się tylko – na najniższą możliwą liczbę testów przeprowadzonych na milion mieszkańców – Bułgaria i Rumunia. Podczas gdy Grecja zmasakrowana przez kryzys finansowy i jego następstwa przeprowadza więcej testów na milion mieszkańców, niż Polska.

Tak niska liczba testów jest przede wszystkim zbrodnią na lekarzach, pielęgniarkach i pacjentach placówek polskiej służby zdrowia, które stały się największą wylęgarnią wirusa. Jest to jednak zbrodnia opłacalna zarówno politycznie, jak też finansowo. Z jednej bowiem strony mniejsza liczba testów pozwala ogłosić PR-owy triumf nad epidemią. Z drugiej jednak strony wynika ona z przymusu, z braku oszczędności i rezerw.

PiSowska władza oszczędza dziś na zdrowiu i bezpieczeństwie Polaków, bo wcześniej przez ponad cztery lata nie oszczędzała ani na uwłaszczaniu swoich ludzi, ani na politycznej korupcji.

PiS oszczędza na testach, ale nawet teraz – w czasie epidemii – nie oszczędza na propagandzie antyunijnej. Promującej wszystkie możliwe autorytaryzmy – te istniejące i te już upadłe – przeciwko zachodniej liberalnej demokracji. Morawiecki każe przywozić największym samolotem istniejącym na świecie, Antonowem An-225 Mrija będącym ostatnim wytworem myśli sowieckiej (tuż po wyprodukowaniu największego samolotu świata ZSRR upadł), środki ochrony przed wirusem z autorytarnych Chin. Państwowe media nagłaśniają tę akcję (aż do granic absurdu, zwabiając w czasie epidemii na lotnisko tłum, aby podziwiał największy samolot świata), żeby przekonać Polaków, że autorytaryzm i totalitaryzm zawsze były skuteczniejsze od demokracji.

Jak wyliczyli eksperci, jeden lot postsowieckiego kolosa kosztuje Polskę więcej, niż lot kilku Boeingów, które mogłyby przetransportować do Polski więcej ton środków ochronnych. Jest też droższy, niż loty kilkunastu uziemionych dzisiaj samolotów PLL-LOT, które także mogłyby przewieźć w swoich lukach bagażowych więcej środków ochronnych, niż postsowiecki kolos. Tyle że nie dałoby się z tego zrobić totalitarnego teatrzyku o skuteczności zamordyzmu przeciwstawionej bezsilności zachodniej demokracji. W ten sposób

antykomunizm Mateusza Morawieckiego okazał się takim samym kłamstwem, jak wszystkie inne jego osiągnięcia czy słowa. Autentyczna jest tylko jego nienawiść do zachodniego liberalizmu (chyba że na nim akurat – jako prezes prywatnego banku – zarabia).

Przy okazji wyszło też na jaw, że towarzysze z PiS-owskiego rządu celowo stracili unijne środki, które mogły sfinansować „lot do domu”. Korzystając z unijnych pieniędzy trzeba by jednak przyznać, że ta straszna UE, która krępuje ręce Kaczyńskiego przy wprowadzaniu w Polsce zamordyzmu, do czegoś się Polakom przydaje. Za PR-ową akcję Morawieckiego i LOT-u, która mogła być pokryta z funduszy unijnych, zapłacili miliony złotych Polacy, których decyzja premiera o zamknięciu granic dla polskich obywateli, likwidacji wszystkich lotniczych i kolejowych połączeń transgranicznych, zastała za granicą. To oni musieli zapłacić dwukrotną cenę komercyjnego lotu. Albo wielokrotną, jeśli nie mogli w porę dotrzeć na lotniska, z których odlatywały czartery, bo w takich sytuacjach LOT za stracone bilety nie chce zwracać, mimo że każdy swój samolot zapełnił ludźmi, którzy do ostatnich minut czekali bez biletu na swoją szansę dostania się na pokład i byli gotowi zapłacić za to PiS-owskiemu państwu każde pieniądze.

Kaczyński i „młodzi”

Nawet jeśli była bardzo świadomie graną ustawką, to przepaść, jaką zobaczyliśmy w czasach epidemii pomiędzy „brutalnym” i „szalonym” zachowaniem Jarosława Kaczyńskiego, a „cywilizowaną” hipokryzją Morawieckiego, Dudy, Gowina czy Szumowskiego, odsłoniła ogromną różnicę pokoleniową w obozie władzy. Kaczyński rozumie władzę i charyzmę związaną z jej sprawowaniem na sposób dawny – gdzieś tak pomiędzy Carem Mikołajem, Józefem Piłsudskim i Władysławem Gomułką. Stąd jego ostentacja w łamaniu prawa pod pomnikiem smoleńskim i na Cmentarzu Powązkowskim, której ostatecznie Polacy jednak mu nie zapomną.

Tymczasem Duda, Morawiecki, Szumowski czy Gowin należą do młodszego pokolenia prawicowych cyników obeznanego ze wszystkimi współczesnymi technikami PR-owej manipulacji.

Techniki zarządzania kryzysem epidemii koronawirusa stosowane przez to młodsze pokolenie rządzącej prawicy są bardziej podobne do zarządzania kryzysem przez populistyczną ekipę Borisa Johnsona czy populistyczną ekipę Władimira Putina. Ich nowoczesny PR cechuje hipokryzja, udawanie troski, udawanie pokory, udawanie „apolitycznej ekspertyzy”. Tyle że w rzeczywistości osłaniają one kolejny skok na kasę i kolejną falę niszczenia instytucji demokratycznych, norm prawnych, normatywnego oddziaływania UE.

Ten „nowoczesny” model autorytaryzmu realizowany przez Morawieckiego, Dudę, Szumowskiego, Gowina może się okazać jeszcze obrzydliwszy, a przede wszystkim jeszcze niebezpieczniejszy dla wolności społeczeństw i jednostek, niż anachroniczna tyrania Kaczyńskiego.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Łukasz Szumowski, Fot. Flickr/KPRM/Krystian Maj, licencja Creative Commons

Reklama