Reklama

Oświecenie jest atakowane zarówno przez dziczejącą populistyczną prawicę, jak też przez młodą „antykolonialną” lewicę uważającą zachodnie instytucje, prawa czy normy za najgorsze twory ludzkości, od których lepszy jest każdy peryferyjny zamordyzm – pisze Cezary Michalski. A najskuteczniejszą bronią Jarosława Kaczyńskiego jest zwyczajny ludzki oportunizm, którym prezes PiS będzie się posługiwał coraz skuteczniej, jeśli zachowa władzę przez całą kadencję.

U progu Nowego Roku 2020 Zachód nie jest już dla świata źródłem spójnej narracji, uniwersalnych wartości, instytucjonalnego modelu. W XIX i XX wieku „zachodnie wartości”, mające w sobie ogromny potencjał uniwersalizmu i emancypacji, głęboko zmieniły Afrykę, Azję i Amerykę Południową. Nawet wówczas, kiedy były upowszechniane w atmosferze kompromitującej „białą cywilizację” kolonialnej przemocy, a później neokolonialnej hipokryzji.

Teraz Zachód sam walczy o przetrwanie. Czy raczej walczy w nim o przetrwanie to, co było w całej zachodniej tradycji najcenniejsze – chrześcijaństwo, emancypacyjne wartości europejskiego oświecenia, atlantycki model liberalnej demokracji i praworządności.

Dziś jednak, od „pasa biblijnego” w USA po Europę Środkową i Wschodnią, chrześcijaństwo wypierane jest przez nowe plemienne fundamentalizmy. Nazywające się „katolicyzmem integralnym”, „katolicyzmem narodowym” czy „radykalnym ewangelikanizmem”, posługujące się krzyżem lub wizerunkiem Chrystusa w walce o dominację i władzę, jednak w gruncie rzeczy nieróżniące się od fundamentalizmu islamskiego. Zwracające się przeciwko najcenniejszym etycznym dokonaniom własnej religii. Odrzucające wolność, uniwersalizm i antropologiczny optymizm chrześcijaństwa na rzecz przekonania, że człowiek jest grzeszną i zepsutą bestią, którą zdyscyplinować można tylko przez przymus – szczególnie przymus stosowany w obronie własnego plemienia (definiowanego rasowo, narodowo, pseudoreligijnie) przeciwko plemionom sąsiednim.

Z kolei oświecenie jest atakowane zarówno przez dziczejącą populistyczną prawicę, jak też przez młodą „antykolonialną” lewicę uważającą zachodnie instytucje, prawa czy normy za najgorsze twory ludzkości, od których lepszy jest każdy peryferyjny zamordyzm. Instytucje i normy liberalnej demokracji zostały też zaatakowane w miejscach, gdzie się narodziły, czyli w Londynie i Waszyngtonie.

Reklama

W Białym Domu i Westminsterze rządzą dzisiaj ludzie, których stosunek do demokracji przedstawicielskiej czy prawa przypomina stosunek Kaliguli czy Nerona do wartości Rzymskiej Republiki.

Wyrosły z zachodniej cywilizacji globalny kapitalizm pokonał co prawda wszystkie swoje ekonomiczne alternatywy, jednocześnie jednak autorytarny kapitalizm Chin i oligarchiczny kapitalizm Rosji pokazały, że mitem jest przekonanie o naturalnym sojuszu rynkowej gospodarki i liberalnej demokracji.

Cztery fronty obrony Zachodu

W 2020 roku wojna o ocalenie Zachodu przed zewnętrznym, ale jeszcze bardziej wewnętrznym przeciwnikiem będzie się toczyć na paru kluczowych frontach, często ze sobą ściśle powiązanych. Od wyniku tych batalii zależy to, czy nastąpi „normalizacja” populizmu. Czy instytucje liberalnej demokracji zostaną zniszczone, a społeczne elity przebudowane tak głęboko, aby składały się już wyłącznie z fanatycznych populistów lub z oportunistów podążających za siłą, pieniądzem i nowym antyliberalnym „trendem”.

Battlefront Ameryka

W USA rok 2020 to rok wyborów prezydenckich i wyborów do Kongresu. Trump i amerykański prawicowy populizm wchodzą w ten rok osłabione, ale bynajmniej niepokonane. Impeachment prowadzony przez Demokratów (czasem niestety bardziej aktywnie, niż kampanie ich kandydatów) pokazał, że Trump działał przeciwko interesom rządzonego przez siebie państwa i całego demokratycznego Zachodu, uzależniając amerykańską pomoc dla Ukrainy od dostarczenia mu przez władze w Kijowie narzędzi do skompromitowania konkurenta do prezydentury, Joe Bidena.

Jednak wiedza o ewidentnie przestępczych działaniach Trumpa nie przebija się do prawicowego elektoratu izolowanego przez nowe populistyczne „tożsamościowe” media i mobilizowanego dzięki narzędziom kulturowej wojny. To z kolei sprawia, że także Partia Republikańska boi się Trumpa i będzie go przed impeachmentem bronić w Senacie, gdzie posiada większość.

Szanse Donalda Trumpa (i prawicowego populizmu) na drugą kadencję i głębsze zakorzenienie się w amerykańskim społeczeństwie i jego instytucjach zwiększają młodzi radykałowie z lewego skrzydła Partii Demokratycznej, którzy bardziej żarliwie, niż Trumpa, atakują centrystę Joe Bidena mającego największe szanse na pokonanie obecnego prezydenta w konserwatywnych kulturowo „swing states”.

Ostrzega ich przed tym Barack Obama, wygłaszając kolejne mowy przeciwko lewackiej „wok culture” (używanemu przez amerykańską lewicę kulturową pojęciu oznaczającemu ideologiczne wzmożenie i czujność, które kompletnie niszczy wszelką centrową i realistyczną politykę), otrzymując w zamian lewicowy hejt, dowiadując się, że jest zwyczajnym „boomersem”. Ostrzega wybitny amerykański historyk idei Mark Lilla w swojej ważnej książce „Koniec liberalizmu, jaki znamy”, gdzie opisuje wspólne niszczenie zachodniej demokracji przez radykalne „dyskursy tożsamościowe” nowej prawicy (idące w stronę rasizmu i fundamentalizmu) oraz nowej lewicy (skupione na obronie coraz bardziej radykalnych i mniejszościowych subkultur czy tożsamości seksualnych).

Battlefront Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii rok 2020 oznacza formalny początek brexitu. A także początek walki o kształt brexitu, który Boris Jonson chce uczynić „twardym” mimo porozumienia wynegocjowanego przez jego poprzedniczkę z Brukselą. Najgorsze jest to, że w Wielkiej Brytanii nie ma dziś żadnej centrowej, liberalnej siły, która mogłaby się Johnsonowi przeciwstawić. Dysydenci z Partii Konserwatywnej i Partii Pracy nie zdołali stworzyć żadnej nowej formacji. Liberalni Demokraci ponieśli wyborczą klęskę – zarówno w konsekwencji fatalnego przywództwa, jak też nie mogąc się przebić przez większościowy system wyborczy premiujący dwupartyjność.

Z kolei lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, po totalnej klęsce swego skrajnie lewicowego programu, robi wszystko, aby opóźnić oddanie władzy w partii i dopilnować, żeby jego następcą też został reprezentant skrajnej lewicy.

W tej sytuacji Johnson ma pełną swobodę działania. Korzysta z niej, aby zrealizować wizję Wielkiej Brytanii jako raju podatkowego u wybrzeży Europy, gdzie londyńskie City otrzyma zastrzyk spekulacyjnego kapitału z USA, Rosji i Azji, a jednocześnie będzie wysysać kapitał z Unii Europejskiej, w której trzeba płacić nieco wyższe podatki i podlegać ściślejszym regulacjom utrudniającym najgroźniejsze dla „gospodarki realnej” operacje spekulacyjne.

Battlefront Hongkong

Rok 2019 skończył się w Hongkongu zwycięstwem na punkty młodych przeciwników chińskiego zamordyzmu. Władze w Pekinie sądziły, że głosująca w wyborach lokalnych w tym mieście „milcząca większość” odwróci się od uczestników protestów. Jednak mieszczanie z Hongkongu wybrali walkę o wolność. Zwolennicy antychińskiej opozycji, którzy wygrali w większości okręgów, zdobyli nie tyle wpływ na władzę, co nowe narzędzie przedstawiania swoich prodemokratycznych postulatów.

Władze w Pekinie przegrały rundę, jednak nie przegrały meczu. Ich sprzymierzeńcem jest słabość Zachodu i zdrada Zachodu. Z jednej strony rządy podzielonego Zachodu nie potrafią wywrzeć skutecznego nacisku na chińskich komunistów. Z drugiej strony walczący o wolność młodzi Chińczycy z Hongkongu zdradzani są zarówno przez swoich lewicowych rówieśników z Zachodu, jak też przez zachodnie korporacje i biznesowych oligarchów.

Kiedy prodemokratyczni manifestanci wtargnęli do siedziby lokalnego parlamentu w Hongkongu, zniszczyli symbole „suwerennych Chin” i zawiesili w tym miejscu symbole z czasów, gdy Hongkong był terytorium zamorskim Wielkiej Brytanii, a jego mieszkańcy cieszyli się prawami i wolnościami Brytyjczyków, media społecznościowe zalała fala hejtu produkowanego przez młodych zachodnich przeciwników zachodniego kolonializmu. Używali oni pod adresem swoich rówieśników pałowanych na ulicach Hongkongu mniej więcej takich samych określeń, jakich Andrzej Zybertowicz używa pod adresem ludzi, którzy dziś bronią liberalnej demokracji w Polsce.

O studentach z Hongkongu pisano, że są „sługami Waszyngtonu, Londynu, kapitalizmu” i „zdradzili swoją chińską tożsamość”. Tak jak dla PiS-u ludzie walczący o demokrację i praworządność w Polsce są „sługami Brukseli albo Berlina” i „zdradzają Polskę”.

Jednak Hongkong jest też zdradzany przez największe zachodnie korporacje, które zgadzają się na chińską cenzurę i unikają jakiejkolwiek krytyki komunistycznych władz, aby zachować dostęp do gigantycznego rynku Chin kontynentalnych.

Battlefront Polska

W naszym kraju rok 2020 to znów rok wyborów, tym razem prezydenckich, a być może także przedterminowych wyborów parlamentarnych, gdyby Duda przegrał, a Kaczyński poczuł się politycznie zablokowany.

Jak na razie główną kandydatką opozycji jest Małgorzata Kidawa-Błońska, wciąż jeszcze niezbyt przebojowa, ale zachowująca przewagę zarówno nad Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem czy Robertem Biedroniem, jak też nad telewizyjnym celebrytą Szymonem Hołownią. Opozycja ma też Tomasza Grodzkiego, który z Senatu uczynił najsilniejsze dzisiaj narzędzie oporu przeciwko działaniom PiS, a sam wyrósł na najbardziej efektywnego opozycyjnego lidera. Właśnie dlatego prawicowe media rozpoczęły przeciwko niemu kampanię, która swoją brutalnością dorównuje jedynie wcześniejszej nagonce na Pawła Adamowicza.

Jarosław Kaczyński potrzebuje całej kolejnej czteroletniej kadencji, aby doprowadzić do „populistycznej normalizacji” w Polsce. „Normalizacja” to ponure określenie z dziejów „realnego socjalizmu” w bloku wschodnim.

Była węgierska normalizacja po zdławieniu powstania 1956, była czeska normalizacja po zdławieniu Praskiej Wiosny, była wreszcie polska normalizacja po stanie wojennym. Zawsze oznaczało to triumf oportunizmu na ogromną skalę – łamiący kręgosłupy ludzi, środowisk zawodowych i całych narodów na dziesięciolecia. Na to samo liczy dzisiaj Kaczyński.

Z każdym kolejnym miesiącem rządów PiS przez karuzele personalne ministerstw, służb, pomniejszych państwowych urzędów, agencji, spółek Skarbu Państwa… do obozu władzy przechodzą setki ideowych prawicowców i oportunistów. A w drugą stronę – do nowych zwolenników władzy, do ich rodzin, przyjaciół, lokalnych klientów – płyną dziesiątki milionów złotych z budżetu państwa.

Sam przysłuchiwałem się przez ostatni rok wielu rozmowom z ludźmi reprezentującymi różne dziedziny, od biznesu po sztukę, od dyplomacji po dziennikarstwo. W każdej z tych rozmów pojawiało się w pewnym momencie pełne skrępowania pytanie: „czy sądzisz/sądzicie, że powinienem przyjąć…?” – tu następowała nazwa stanowiska, instytucji, programu, ministerialnego grantu.

Nie jestem ani nadmiernie żarliwym „moralistą”, ani nie należę do fanatycznych „bojkoterów” (ze stanu wojennego pamiętam, że nie ma nic bardziej bardziej bezsilnego, niż bojkot i nieuniknione złamanie tego bojkotu przez oportunistów wyłażących z każdej szczeliny w podłodze). Słuchając jednak tych wszystkich pytań zadawanych przez utalentowanych nieraz artystów, menedżerów czy przedsiębiorców zobaczyłem działanie najskuteczniejszej broni Jarosława Kaczyńskiego – zwyczajnego ludzkiego oportunizmu, którym prezes PiS będzie się posługiwał coraz skuteczniej, jeśli zachowa władzę przez całą kadencję.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Michiel Sweerts The Plague of Athens

Reklama