Reklama

Rzecznik dyscypliny zawodowej, który oskarżał (szczęśliwie bezskutecznie) nauczycielki z Zabrza z powodu zasygnalizowania przez nie na Facebooku solidarności z czarnym protestem kobiet z 3 października 2016 roku, użył przeciw nim argumentacji wywodzącej się z artykułu 25 Konstytucji RP, który w punkcie 1 stanowi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.

Rzecznik oskarżenia okazał skrajną ignorancję, skrajny cynizm albo skrajnie złą wolę ideologiczną, zaliczając nauczycielki do kategorii „władze publiczne”. Wprawdzie nauczyciele posiadają w Karcie Nauczyciela status funkcjonariusza publicznego w zakresie ich ochrony przez Kodeks karny, ale nie oznacza to, że są nawet szeregowymi urzędnikami państwowymi, a tym bardziej elementem jakiejkolwiek władzy. Co więcej, takie umocowanie nauczyciela, gdyby było faktem, implikowałoby

sprzeczność z fundamentalnymi zasadami i ideami leżącymi u podstaw procesu edukacji i wychowania.

Niewątpliwie natomiast „władzą publiczną” w rozumieniu wspomnianego artykułu są: prezydent państwa, premier i ministrowie, marszałkowie Sejmu i Senatu, wojewodowie, prezydenci miast, ale także np. kuratorzy oświaty czy dyrektorzy szkół publicznych. Otóż bardzo wielu spośród tych urzędników regularnie i ostentacyjnie łamie artykuł 25 konstytucji. I tak na przykład w wielu urzędach państwowych i samorządowych, wcale nie tylko tych opanowanych przez PiS, i tych miejskich i wojewódzkich, wiszą krzyże. Z tym samym można spotkać się w placówkach służby zdrowia, w tym w szpitalach. Wywodzący się z PiS prezydent państwa Andrzej Duda okazuje jawną, graniczącą ze śmiesznością dewocję. Niewiele mniej ostentacyjnie i bez żenady zachowują się w tym względzie premier rządu PiS Beata Szydło, marszałkowie obu izb parlamentu i co najmniej niektórzy ministrowie rządu PiS. Powtórzmy:

ci wysocy przedstawiciele władzy publicznej jawnie łamią konstytucję.

Ponieważ niektórzy mogą mieć wątpliwości, czy istotnie tak jest, dokonajmy krótkiej analizy wspomnianego punktu 1, artykułu 25 Konstytucji RP. Kluczowe są w nim dwa słowa: „zachowują” i „zapewniając”. Otóż wspomniany artykuł władzom publicznym wyraźnie nakazuje „zachowywać bezstronność”, czyli właśnie owe władze zobowiązuje do określonego zachowania, natomiast obowiązek „zapewnienia” prawa do wspomnianej swobody mają owe władze gwarantować obywatelom. Wyraźnie wynika z tego – implicite – że artykuł 25 na władze publiczne nakłada w tym względzie wyłącznie obowiązek, a uprawnienie daje wyłącznie obywatelom. Innymi słowy: władze publiczne mają obowiązek zapewnić wspomnianą swobodę obywatelom, ale im samym konstytucja takiego uprawnienia nie daje. Tu nie ma symetrii.

Reklama

Nie ma także symetrii między praktykami obecnych władz a praktykami za czasów rządów PO-PSL. Tamte także nie były w tym względzie bez grzechu, ale daleko im było do pisowskiej ostentacji.

Skoro taki przykład dają władze publiczne, to nie ma powodu, by się dziwić, że w szkołach na przykład dzieją się takie paroksyzmy dewocji, jak ten opisany przez Agatę Diduszko-Zyglewską w „Gazecie Wyborczej” („Szkoła nie jest miejscem kultu”, 7.04.2017), który przeżyła je niejako „na własnej skórze”, jako matka uczennicy nieuczestniczącej w rekolekcjach zorganizowanych w szkole z rozmachem „na cztery fajerki”. Wobec takich praktyk w stosunku do bezbronnych dzieci nie warto już koncentrować się choćby na licznych intencjach mszalnych zamawianych przez rozmaite firmy państwowe, takie choćby jak Wytwórnia Papierów Wartościowych w Warszawie, którą zarządza pisowski pretorianin Piotr Woyciechowski oraz licznych, bardzo licznych przykładach naruszania „wzajemnej niezależności Państwa i Kościoła”, jak to formułuje konstytucja. Inna sprawa, że

nie unieważnia to pytań, dlaczego z funduszy firmy odbywa się zasilanie kasy kościelnej.

Tak, wiem, w kraju ma miejsce wiele wydarzeń tak elektryzujących na co dzień opinię publiczną (przyjazd Donalda Tuska do Warszawy na przesłuchanie w prokuraturze, skandal związany z szefem macierewiczowskiej komisji smoleńskiej, Wacławem Berczyńskim, i jego ucieczka do USA, napięcia polityczne wokół „dobrej zmiany” w wymiarze sprawiedliwości i inne), że bez trudu przykrywają one tak „skromny” temat, jak kwestia łamania przez władze publiczne konstytucji w domenie nadbudowy państwa. Tak, wiem, wielu wychodzi z założenia, że „modlitwa nikomu nie zaszkodzi”. A przecież

oburzamy się na łamanie przez obóz rządzący PiS konstytucji w sferze działania Trybunału Konstytucyjnego czy trójpodziału władzy, a na dewocyjne, antykonstytucyjne demonstracje władzy pozostajemy obojętni.

Tymczasem sposób uregulowania relacji między aparatem państwa a sferą religijno-światopogladowo-filozoficzną jest jednym z kluczowych zagadnień, a jednocześnie papierkiem lakmusowym badającym rzetelność władzy publicznej na poziomie metapolitycznym. Nie lekceważmy tego i domagajmy się także i tego, by prezydent państwa, szef rządu, marszałkowie czy ministrowie zechcieli nie poniewierać konstytucją, korzystając z faktu, że religia katolicka, jej kapłani i wyznawcy mają w Polsce ustawowy („ochrona uczuć religijnych”) status „świętych krów”.

Wracam do punktu wyjścia: zabrzański rzecznik dyscyplinarny nonsensownie zarzucił łamanie konstytucji skromnym nauczycielkom, nieposiadającym żadnej władzy. Uczynił to w sytuacji, gdy nie mógł nie wiedzieć, że każdego dnia ten sam jej 25 artykuł lekceważy bez mrugnięcia okiem najwyższa elita władzy państwowej. Trudno o większą hipokryzję. Jeśli nie zadbamy o wypełnianie przez władze publiczne standardów konstytucyjnych w tej sprawie, daremnie będziemy oczekiwać respektowania ich w innych sferach.


Zdjęcie główne: Tablica ustawiona przed gmachem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów podczas kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego w 2016 r., Fot. Wikimedia Commons/Adrian Grycuk, licencja Creative Commons

Reklama