Reklama

Tweety, w których mieszkańcy Syrii żegnają się ze światem, ze sobą i z życiem, wstrząsnęły Zachodem. Dużo bardziej niż zdjęcia zrujnowanych miast, które widzimy od dawna. W syryjskim mieście Aleppo trwają masowe zabójstwa cywilów przez rząd. O wojnie w Syrii rozmawiamy z dr Łukaszem Fyderkiem z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego

Katarzyna Pilarska: Mam wrażenie, że choć ta wojna trwa od dawna, to do nas dociera to tylko czasami. Dlaczego dzieje się tam to, co się dzieje?
dr Łukasz Fyderek:
Pytania o przyczyny wojny były zadawane w historii politycznej od dawna. A odpowiedzi są różne, począwszy od natury ludzkiej, przez przyczyny ekonomiczne, religijne i międzyludzkie po prostu.

Jednak to, że wojska wchodzą do domów i zabijają cywilów zrobiło – w końcu, bo chyba trzeba użyć tego słowa – wrażenie na ludziach z krajów, które są od tej wojny daleko.
Wojny, jako pewne zjawiska medialne, po prostu się nudzą. Szczególnie takie, które są długotrwałe i w których nie sposób znaleźć dobrej strony, takiej, z którą moralnie można by sympatyzować. A taka niewątpliwie jest wojna w Syrii, dlatego że obie strony konfliktu, a właściwie tych stron jest znacznie więcej, więc wszystkie strony dopuszczają się nadużyć praw człowieka. Zdobywanie Aleppo toczy się mniej więcej od 27 listopada, czyli trochę ponad dwa tygodnie, i z informacji, które przedostają się przez blokadę informacyjną, wynika, że obfituje ono w morderstwa i łapanki, gdzie ludzi w wieku poborowym masowo się aresztuje i wywozi, prawdopodobnie na obszary bazy lotniczej pod Aleppo. Tam są przetrzymywani. I to, co uległo spowszechnieniu, teraz na chwilę, z powodu tych wydarzeń, znów zwraca uwagę.

Obie strony konfliktu, a właściwie tych stron jest znacznie więcej, więc wszystkie strony dopuszczają się nadużyć praw człowieka.

Żyjemy w czasach, gdy wszystko dzieje się Internecie. Tweety pożegnalne to coś, co zrobiło na Zachodzie wrażenie.
To jest pod tym względem ciekawa wojna, dlatego że jest to wojna, którą oglądamy w zasadzie przez media społecznościowe. Właściwie już od roku 2012 przestali działać w Syrii niezależni dziennikarze. Wszyscy obserwujemy to z zewnątrz, bo praca dziennikarza w Syrii, od momentu, kiedy kilku dziennikarzy tam zginęło, jest utrudniona. Na terenach kontrolowanych przez rząd można prowadzić tylko narrację właściwą dla rządu, a na tych kontrolowanych przez opozycję część opozycji, która jest dżihadystyczna, organizowała np. porwania dziennikarzy dla okupu. Dlatego głównie posiłkujemy się mediami społecznościowymi. I mam wrażenie, że bardzo wiele wiemy o wojnie w Syrii, ale brakuje nam tam jednak tego dziennikarza, który byłby wstanie przekazać to, co się tam dzieje ze swoim autorytetem. Dlatego że są takie momenty, że w mediach społecznościowych też się toczy wojna. Na tezę jednej strony mamy kontrtezę ze strony przeciwnej. I bardzo trudno jest zwykłemu odbiorcy, bo nie mówię o ludziach, którzy to godzinami analizują, odróżnić fakty od manipulacji. I wydaje mi się, że nieobecność tzw. tradycyjnych mediów jest za to w dużej mierze odpowiedzialna. I trochę jest tak, że nie wiemy, co się dzieje. Przykładem jest wymiana zdań, w której komisarz ds. praw człowieka ONZ mówi o naruszeniach, które dzieją się w Aleppo, a w odpowiedzi słyszy, że nie ma poprawnych informacji z regionu. A faktycznie o prawidłowe informacje jest trudno, bo obie strony, ale zwłaszcza rządowa, bardzo starają się o to, żeby nie występowało neutralne i wiarygodne dziennikarstwo.

Na terenach kontrolowanych przez rząd można prowadzić tylko narrację właściwą dla rządu, a na tych kontrolowanych przez opozycję część opozycji, która jest dżihadystyczna, organizowała np. porwania dziennikarzy dla okupu. Dlatego głównie posiłkujemy się mediami społecznościowymi.

Ktoś jeszcze pamięta, o co jest ta wojna?
Przede wszystkim tam nie ma jednej wojny. Tam są trzy konflikty, z których każdy można nazwać odrębną wojną. Konflikt wewnętrzny między opozycją, rebeliantami a rządem w Damaszku to pierwszy konflikt. Ale są jeszcze dwa: tzw. Państwa Islamskiego, które walczy przeciw wszystkim pozostałym stronom, i jest jeszcze konflikt Kurdów z rządem w Damaszku. A do tego dochodzą konflikty narodowe.

Reklama

Aleppo stało się teraz pewnym symbolem. Myśli pan, że taka sytuacja, jak ta, będzie się powtarzać, będą kolejne Aleppo?
Nie jestem w stanie tego przewidzieć. To była specyficzna sytuacja, gdy opozycja kontrolowała terytorium przez właściwie cztery lata, a następnie tę kontrolę straciła. W niedalekiej przyszłości do kolejnych takich sytuacji nie dojdzie, dlatego że opozycja nie będzie miała w najbliższych miesiącach tyle sił, żeby odzyskać kontrolę. W dalszej perspektywie trudno powiedzieć. Natomiast to, co wydaje się bardzo prawdopodobne, to to, że ten konflikt będzie trwał nadal.

Tam nie ma jednej wojny. Tam są trzy konflikty, z których każdy można nazwać odrębną wojną.

A w tym wszystkim są cywile, uchodźcy, ludzie, którzy muszą stamtąd uciekać, a nikt na nich nie czeka.
Z 22 milionów ludzi zamieszkujących ten kraj około 11 milionów zostało zmuszonych do opuszczenia swojego miejsca zamieszkania. To pokazuje skalę dramatu, bo mówimy o połowie ludności kraju. Powody ucieczki mogły być różne, ale najczęściej była to po prostu obawa o życie i ucieczka od bomb. Odbudowa miast będzie niezwykle kosztowna, te szacunki, które się pojawiają, mówią o kosztach gigantycznych. Znacznie przewyższających odbudowę Iraku, który jest dzięki ropie zamożniejszym państwem niż Syria. To wszystko wywołuje naturalną reakcję, czyli ruchy ludności.

Nawet te rządy, które, jak nasz, starają się być wobec tego konfliktu neutralne, powinny zabrać głos i mówić o kwestiach humanitarnych.

Pytałam o to także w kontekście naszego rządu, który blokuje pomysł korytarzy humanitarnych i który, jak wiemy, w ogóle o przyjmowaniu uchodźców nie chce słyszeć.
W takich kluczowych momentach nawet te rządy, które, jak nasz, starają się być wobec tego konfliktu neutralne, powinny zabrać głos i mówić o kwestiach humanitarnych. Powinniśmy przypominać o przestrzeganiu międzynarodowego prawa. Powinniśmy też, bo uważam, że nasz kraj na to stać, bardziej pomagać tym ludziom tam, na miejscu. Pomagać przekazując środki na pomoc humanitarną, co robimy teraz w skali wyjątkowo niewielkiej.


pap-maly Zdjęcie główne: EPA/STRINGER Dostawca: PAP/EPA

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama