Reklama

Zarówno w warstwie językowej, jak i w kwestii nowych propozycji ani PiS, ani prezydent Duda nie mają nic do zaproponowania – mówi nam Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego. – Jeżeli nawet Duda próbuje powrócić do łagodnego, konsensualnego języka, to jednak duża część społeczeństwa pamięta słowa, jakie wypowiadał, pełne agresji i nienawiści, utrzymane w głównym nurcie PiS-owskim – dodaje. – Ponadto następuje efekt przyzwyczajenia – to, co ludzie dostają, nie jest już przez nich traktowane jako dar ze strony rządzących, tylko oczekują na następne dary – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Czy 2 mld na TVP zamiast na onkologię – czego domaga się opozycja – okraszone środkowym palcem posłanki Lichockiej to może być moment przełomowy polskiej polityki?

ALEKSANDER SMOLAR: Tego nie wiemy, bo takie rzeczy są wiadome dopiero po pewnym czasie. Oczywiście są wydarzenia dramatyczne, o których z góry można powiedzieć, że muszą zmieniać sytuację i postrzeganie jej przez dużą część społeczeństwa, ale nie sądzę, aby to było właśnie takim wydarzeniem. Oczywiście to nie znaczy, że to nie może odegrać znaczącej roli, bo PiS stanął wobec istotnego dylematu. Sondaż OKO.press z czerwca 2019 roku pokazywał, że

Polacy widzą, iż rząd PiS bardziej niż PO-PSL wykorzystuje władzę na potrzeby partii (68 do 24 proc.!), a nawet do wyciągania prywatnych korzyści (58 do 35 proc.).

Ale zarazem większość (52 do 44 proc.) uważała, że ten rząd lepiej dba o Polskę i Polaków. Oczywiście pozytywna opinia wynikała głównie z polityki masowej redystrybucji, ale też z polityki godności; przywracanie godności ludziom z klasy ludowej, ważny jest też język wspólnotowy.

Reklama

Opozycji udało się wreszcie narzucić narrację?
To wydarzenie postawiło PiS w pułapce. Opozycja w niezwykle sprawny sposób zareagowała i to ona spowodowała, że PiS ma ten dylemat. Partia rządząca przyzwyczaiła nas do tego, że przekazuje gigantyczne pieniądze na różne cele, jak na media publiczne, na cele partyjne czy na Kościół. Opozycja natomiast przedstawiła tę sprawę w następujący sposób: oto mamy setki tysięcy chorych ludzi, na których leczenie brakuje środków. Oto partia płaci gigantyczne środki na partyjną propagandę, a mogłaby te środki przeznaczyć na pomoc chorym.

Internet zapełnił się dramatycznymi historiami i apelami rodziców chorych dzieci. PiS nie potrafi znaleźć na to dobrej odpowiedzi. Dodatkowo cynizm partii rządzącej został podkreślony przez środkowy palec pani posłanki Lichockiej. Ta arogancja i poczucie triumfu musiało oburzyć, bo to był triumf nad chorymi, a nie opozycją.

Oczywiście posłanka nie zdawała sobie sprawy z tego, jak to zostanie odebrane – triumf nad opozycją był oczywisty, bo PiS ma większość w Sejmie, a gest wraz z głosowaniem nad przeznaczeniem 2 mld zł stał się symbolem arogancji i cynizmu władzy. To jest poważny problem dla partii rządzącej, jednak nasze życie polityczne jest tak dynamiczne, jedne afery przykrywają następne, że nie jestem pewny, czy to będzie „gamechanger”. Akcje przeciwko Marianowi Banasiowi i agentowi Tomkowi mają przykryć tę aferę; pokazać, że PiS nie toleruje w swoim gronie przestępców.

Opozycja domaga się weta. Czy prezydent jest do tego zdolny?
Wszystko, co do tej pory wiemy o prezydencie, wskazywałoby, że raczej nie. Raz się zdarzyło, że zawetował ustawy i wiemy, jak to się skończyło. Oczywiście z przeszłości nie musi wynikać przyszłość. Sam Andrzej Duda może się zmienić, jego kalkulacje mogą się zmienić, może uznać, że PiS nie może już się wycofać z popierania jego kandydatury – zostało za mało czasu, aby wylansować kogoś nowego, pomijając już kwestię, że sam Duda ma większe poparcie, niż partia PiS. Jednak

weto jest mało prawdopodobne ze względów charakterologicznych, ze względu na to, że mimo że robi minę ważniaka, to wszystko wskazuje na to, że jest człowiekiem raczej tchórzliwym, który słucha tego, co mówi Nowogrodzka.

Jego doradcy na pewno analizują różne warianty i muszą rozważać sytuację weta. Gdyby prezydent zawetował tę ustawę, to oczywiście z jednej strony zadowoliłoby to część społeczeństwa, ale druga jego część widziałaby w tym walkę PiS-u z opozycją. Lud PiS-owski odebrałby to jako klęskę i poddanie się, a moralne względy odgrywałyby tu rolę drugorzędną, zresztą tak zwykle jest w polityce, że moralność jest na drugim czy trzecim planie. W efekcie zadowoleni z weta mogą być ci, co i tak nie zagłosują na Dudę, a niezadowoleni jego zwolennicy, a to rodzi niebezpieczeństwo przegrania wyborów. Przypominam, że do wyborów jeszcze zostało trochę czasu, zatem prezydencki sztab może liczyć, że wyborcy zapomną o tej sprawie. Nie zdziwiłbym się też, gdyby okazało się, że negocjują z Nowogrodzką, aby dorzucić coś chorym. Wówczas prezydent mogły powiedzieć – podpisałem ustawę, bo media publiczne są ważne, ale też chorzy dostaną pomoc. Bardzo prawdopodobnym scenariuszem jest też odesłanie całej sprawy do Trybunału Konstytucyjnego, aby uniknąć nieprzyjemniej konfrontacji.

W jednym z ostatnich sondaży PiS traci samodzielną większość w Sejmie. Inne też pokazują spadki. To efekt walki z UE, z sędziami, a może znudzenie władzą?
To wszystko składa się na zachwianie poparcia.

PiS długo był teflonowy, długo opozycja i obserwatorzy byli zdegustowani i zadziwieni tym, że kolejne afery nie szkodziły partii rządzącej. Wtedy działały jeszcze czynniki pozytywne, ale następowało zużycie przez czas. To, że PiS nie będzie mógł tak hojnie rozdawać, jak czynił to na początku, to było łatwe do przewidzenia.

Ponadto następuje efekt przyzwyczajenia – to, co ludzie dostają, nie jest już przez nich traktowane jako dar ze strony rządzących, tylko oczekują na następne dary. PiS próbował to rekompensować straszeniem, że jak przyjdzie opozycja, to im zabierze. Tylko w tych wyborach to nie zadziała, bo po pierwsze takich kompetencji prezydent nie ma, nie mówiąc o ponawianych zapewnieniach opozycji, że tego nie zrobi. W zużyciu obrazu PiS-u znaczenie ma też problem stosunków Polski z Unią, która jest dla Polaków bardzo ważna, prawie 90 proc. popiera członkostwo Polski w UE.

Jak ocenia pan Andrzeja Dudę? Widać po konwencji, że tak łatwo jak 5 lat temu nie będzie mu wygrać.
Z jednej strony to jest rzeczywiście trudniejsza sytuacja, ale z drugiej strony bez porównania łatwiejsza. Pięć lat temu nikt Andrzejowi Dudzie nie dawał szans, włącznie z ludźmi z PiS-u, którzy wiedzieli, że wielka partia musi w wyborach wystawić kandydata, ale nie liczyli na jego zwycięstwo.

Duda był odkryciem i wtedy można się było zastanawiać, jakie jego silne strony się ujawniły, a także jakie słabe miał Bronisław Komorowski. Teraz słychać o pewnej pustce jego kampanii. To dotyczy także weekendowej fety, gdzie forma przerosła treść. Jednocześnie to naturalne zjawisko w partii rządzącej, która nie ma nowych pomysłów, która zużyła już pewien kapitał nadziei związany z rozdawnictwem, propagandą nacjonalistyczną, poczuciem wspólnoty, godności; która nie może nadużywać propagandy antyunijnej czy antyniemieckiej.

Nie ma niczego nowego, zatem zarówno w warstwie językowej, jak i w kwestii nowych propozycji ani PiS, ani prezydent Duda nie mają nic do zaproponowania. Tym większy kontrast widać między imponującą formą konwencji a treścią. Jednak  na miejscu opozycji nie szukałbym w tym specjalnie dużo nadziei. Ci, którzy nie rządzą, powinni pokazać coś nowego, świeżego, a tu także spotykamy się z pewnymi problemami.

Który kandydat może zatem pokonać Andrzeja Dudę?
W II turze paru kandydatów mogłoby zwyciężyć z Andrzejem Dudą, ale oczywiście największe szanse ma pani marszałek Małgorzata Kidawa-Błońska, kandydatka PO. Po pierwsze dlatego, że jest kandydatką największej partii opozycyjnej, ale również ze względu na swoje walory czysto ludzkie, niepolityczne.

Ona jest kandydatką, która nie gra na klawiszach partyjnych, ma bardzo miłą osobowość, jest kurtuazyjną, elegancką, uśmiechniętą osobą, która nie wzbudza lęków i jest przeciwieństwem agresywnego obrazu ludzi PiS-u.

Jeżeli nawet Duda próbuje powrócić do łagodnego, konsensualnego języka, to jednak duża część społeczeństwa pamięta słowa, jakie wypowiadał, pełne agresji i nienawiści, utrzymane w głównym nurcie PiS-owskim. Pani Kidawa-Błońska ma tu silne walory. Ma też potencjalnie poważne rezerwy głosów wśród wyborców Władysława Kosiniaka-Kamysza, Roberta Biedronia i Szymona Hołowni. Ale poparcie kandydatki PO przez tych wyborców wcale nie jest oczywiste. Wymaga poważnego wysiłku, przedstawienia idei, które mogą ich skłonić do udziału w drugiej turze wyborów.


Zdjęcie główne: Aleksander Smolar, Fot. Adrian Grycuk, licencja Creative Commons

Reklama